Wąwóz Samaria zwany Farangi tis Samarias to jeden z największych cudów przyrodniczych Krety. Uważany jest za najdłuższy, suchy wąwóz Europy liczący ok. 18 km. Ciągnie się z od płaskowyżu Omalos w Górach Białych (Lefka Ori) do Morza Libijskiego.

Szesnastokilometrową wędrówkę rozpoczynamy z miejsca położonego na wysokości 1227 m n.p.m. zwanego Ksiloskalo. Nad nami szczyt Gingilos liczący nieco ponad 2000 m. Widać na nim jeszcze resztki śniegu z ostatniej zimy. Jest początek maja, wąwóz po zimowej przerwie jest dostępny dla turystów zaledwie od kilku dni. Kilka minut po dziesiątej ruszamy w dół. Ważne jest by ruszyć odpowiednim szlakiem, pomyłka może okazać się tragiczna w skutkach. Kilka lat temu dwójka turystów z Polski pomyliła drogę tuż przy wejściu. Okazało się to dla nich bardzo zgubne: znaleziono ich martwych dopiero po czterech dniach.

Wyraźną ścieżką pomiędzy starymi piniami, częściowo po drewnianych stopniach, schodzimy do poziomu ok. 600 m n.p.m. mijając typowe dla wąwozu krajobrazy: urwiska skalne, rumowiska, prześwity na wyniosłe szczyty. Dochodzimy do rzeki Taras. Tu przystajemy na chwilę. Czysty strumień daje przyjemny chłód i orzeźwienie. Teraz będziemy szli wzdłuż jej wartkiego biegu. Jak się później okaże rzeka będzie pojawiać się i znikać kilkukrotnie.

Po prawie dwóch godzinach marszu mijamy pierwsze zabudowania wąwozu: to kaplica Agios Nikolaos. Przy niej spotykamy pierwszych strażników parku oraz słynną pomoc dla zmęczonych. Osiodłane osły są przygotowane, by za stosowną opłatą zwieźć przemęczanych turystów do ujścia wąwozu. Dla nas są atrakcją, ale skoro są bywają widocznie potrzebne.

Dalsza droga to zadrzewiona dolina tworząca kanion kryjący geologiczne niespodzianki: obserwujemy nacieki skalne zwisające z otaczających nas formacji skalnych. Po przejściu ok. czterech kilometrów docieramy do opuszczonej wioski Samaria. Za nami ponad trzy godziny drogi. Jest tu kilka zrujnowanych zabudowań otoczonych kamiennymi murkami wyznaczających poletka uprawne. Jest i most nad okresową rzeką oraz ujęcie wody. Jest też więcej osiołków ratunkowych i więcej turystów. Napotkani wędrowcy raczej przyszli tu z ujścia wąwozu.

Teraz przed nami droga przez otwartą przestrzeń. Rzeka która towarzyszyła nam na początku zapadła się gdzieś pod ziemię. Tym samy robi się sucho i coraz bardziej gorąco. Słońce daje o sobie znać i robi się upalnie. Temperatura skacze do ponad trzydziestu stopni. Wraz z upływem drogi wąwóz staje się coraz bardziej wąski i głęboki. Po jego bokach piętrzą się malownicze skały. Znów pojawia się rzeka, ściany pną się jeszcze wyżej. Szumiąca, wartka rzeka daje przyjemny chłód. Często przeskakujemy po kamieniach, czasem przechodzimy po drewnianych kładkach.

Docieramy do najwęższej części wąwozu, miejsca zwanego Żelaznymi Wrotami. Pionowe skały sięgają tu 300 m, a gardziel ma nieco ponad 3 m. To najpiękniejsza część Wąwozu Samaria. Przed nami jeszcze ok. 6 km drogi do wylotu wąwozu w Agia Roumelia. Szlak staje się coraz szerszy, widać że bardziej uczęszczany. 

Wreszcie robi się zupełnie szeroko i płasko. Jesteśmy nad Morzem Libijskim.Za nami 16 km marszu. Szlak zrobiliśmy w nieco ponad 6 godzin. Mamy jeszcze cztery kwadranse zanim odpłynie ostatni dziś statek. To wystarczający powód by coś zjeść i schłodzić się greckim piwem. O 17.30 odpływamy z Agia Roumelia do portu w Sougia. Agia Roumelia zamiera. W połowie drogi nasz statek wysadza samotnego opiekuna górskich pasiek. Wygląda na to, że to stały ceremoniał i załoga dobrze zna pasażera. W tym przypadku nie jest wymagany żaden port. Wystarczy dobra znajomość linii brzegowej.

Oczy kilkuset pasażerów odprowadzają samotnika, który znika w tle górskiego, kreteńskiego surowego krajobrazu południa wyspy. Już wiem co zabiorę ze sobą z wyspy: będzie to miód w którego smaku zamknięte będą te wszystkie zapachy i krajobrazy.

Płaskowyż Omalos. Dziś mamy za sobą Wąwóz Samaria.

Sebastian Mierzwa, Wąwóz Samaria, maj 2017 r.