Tatry Zachodnie, parking pod Spaloną, 365 km od Wrocławia

Pierwsze spotkanie

Jest październikowa sobota. Około 20-tej z kawałkiem podejmuję decyzję: wyjazd w Tatry Zachodnie, cel – Rohacze. Chwilę po pierwszej jestem na parkingu w Spalonej. Fotel do tyłu, śpiwór, kurtka pod głowę, budzik na 6.45 i sen. Wstaję przed budzikiem, moi sąsiedzi z parkingu smażą już jajecznicę. Okazuje się, że takich jak ja jest tu więcej. Jem szybkie śniadanko po czym ruszam w drogę do Tatliakovej Chaty. Asfaltowy odcinek trasy w sam raz na wybudzenie i oswojenie z Tatrami. Pod chatą jestem po niespełna godzinie. Nie zaszczycam jej teraz swoją obecnością. Ruszam dalej zielonym szlakiem. Szybko osiągam Sedlo Zbrat 1656 m skąd już rzut beretem do szczytu Rakonia 1879 m. Tu obowiązkowe docieplenie. Wieje wiatr, liczę że może przedmucha te zwaliste chmury kotłujące się nad Rohaczami. W tle Wołowiec i pierwsze dwa tysiące na tej wycieczce. Na Wołowcu robię dłuższy postój, bo ładne widoki na okoliczne szczyty.

Tatry Zachodnie. Dolina Chochołowska
Tatry Zachodnie. Wołowiec i Rohacz Ostry

Oczywiście wciągam drugie śniadanie i obowiązkową herbatkę po czym ruszam dalej w drogę, w dół na Jamnickie Sedlo 1906 m. Stąd znów pod górę. Cel Ostry Rohacz 2084 m. Coraz większe ekspozycje ukrywają chmury. Przedmuchy ukazują prawdziwe, ponad dwustumetrowe wysokości. Przyznam, że w tych podmuchach ogarnia mnie lekki niepokój tym bardziej, że pojawiają się stromizny do pokonania których przydatne mogą być łańcuchy.

Tatry Zachodnie. Rohacki Koń i Ostry Rohacz

Ile się da, daję rade bez ich pomocy. Są momenty, że okazują się niezbędne. Jednak tymi łańcuchami to jest tak, że ja jakoś im tak nie wierzę. Podświadomie unikam z nimi kontaktu, jednak z tyłu głowy mam je w zapasie gdyby coś się działo niepokojącego. Tak pokonuję Rohackiego Konia. Jakoś tak bezmyślnie, z automatu. Kiedy mam go za sobą dociera do mnie, że to chyba był ten moment. Moment o którym czytałem „Koń skalny – najtrudniejsze miejsce w grani Rohacza Ostrego” (Mariusz Zaruski przebył ten fragment zimą 1912 r.). Teraz nie ma czasu na rozważania koń czy nie koń. Idę dalej. Jestem na drugim tego dnia dwutysięczniku. Wow!

Tatry Zachodnie. Rohacki Koń w pełnej okazałości
Szlak na Rohacza Płaczliwego

Wiatr nie odpuszcza, zaczynam dostrzegać, że jak zwalniam tempo robi się zimniej. Może to na skutek tych wilgotnych owiewających mnie chmur. Tak w okolicach odbicia na Baraniec dopada mnie zmęczenie. Zaczynam czuć nieznane mi bóle. Plecak staje się cięższy, kroki coraz mniejsze. Na Rohaczu Płaczliwym (2125 m) będącym kulminacją dzisiejszego przejścia najzwyczajniej w świecie nie chce mi się iść dalej. Każde następne metry to wypatrywanie zejścia do Smutnej Przełęczy. Widoków zero, kamienie, wiatr, chmury, kamienie. Od szczytu Ostrego Rohacza nikogo na trasie. Dopiero przy zejściu z Płaczliwego są jacyś ludzie, a i widoczność się poprawia. Widać Rakonia i szczyt Wołowca w słońcu. Na Ostrym Rohaczu dobra widoczność zatrzymuje się. Pojawia się szary kocioł chmur znikających gdzieś w Smutnej Dolinie. Kiedyś czytałem gdzieś o takim widoku na Fuertavenurze na plaży Cofetta za Pico de la Zarza. Tam, tak właśnie kotłują się często chmury. Owiewają góry półwyspu Jandia z impetem po czym opadają na Cofettę i zakręcają ginąc pod szczytami. I tak jest dzisiaj, tutaj pod Rohaczami w Smutnej Dolinie, którą pokonuję w ślimaczym tempie.

Smutna Dolina

Oj dał mi ten dzień w kości. Rosół w schronisku to antidotum na wszelkie boleści. Teraz jeszcze zejście tą samą drogą do parkingu. Na asfalcie czuję już każdy kamień w bucie, nawet ten najdrobniejszy, nawet nieistniejący. Kilka minut po siedemnastej jestem po wycieczce. Te 18 km i ponad 1400 m przewyższeń zajęło mi dziesięć godzin. Dużo, ale zważywszy kilka kilo sprzętu foto i wyczekiwania na „lepsze” foto warunki oraz kryzys od Płaczliwego Rohacza w sumie nie jest źle. Nie o tempo tu chodziło, a raczej o przyjemności dla duszy, bo o ciele nie wspomnę. O 22 z minutami byłem we Wrocławiu. Cała wycieczka w Tatry Zachodnie zajęła mi nieco ponad 26 godzin. Rekonwalescencja – rekordowe pięć kolejnych dni.

Giewont
Świnica

 

Sześć lat później. Tatry Zachodnie, parking pod Spaloną, 365 km od Wrocławia

Drugie spotkanie

Jest piątek. Około 19-tej ruszam w Tatry Zachodnie, cel – Salatin, Spalona, Pachoł. Chwilę po pierwszej jestem na parkingu w Spalonej. Paka, drzwi, śpiwór, poduszka pod głowę, budzik na 6.10 i sen.  Rano smażę jajecznicę, wypijam ulubioną kawę i ruszam w drogę. Zapowiada się piękny dzień.

Tatry Zachodnie. Szlak z Brestowej
Tatry Zachodnie. Salatyńska Dolina
Tatry Zachodnie. Szlak od Przedniego Salatyna przez Brestową na Salatyn
Tatry Zachodnie. Widok z Salatyna na Spaloną i Pachoła. Kocioł Vrece
Tatry Zachodnie. Widok ze szczytu Spalonej na Hrubą Kopę, Rohacze, Wołowiec i Tatry Wysokie
Tatry Zachodnie. Salatin, fragment Spalonej i kocioł Vrece
Tatry Zachodnie. Spalona Dolina z Banikowskiej Przełęczy
 
Widok ze Spalonej na Tatry Wysokie


Szybki powrót w Tatry Zachodnie. Parking pod Spaloną, 365 km od Wrocławia

Trzecie spotkanie

Jest wrześniowy piątek. Około 19-tej ponownie ruszam w Tatry Zachodnie, cel: Banikow 2178 m. – mój najwyższy szczyt z trzech zaplanowanych grani w tej części Tatr. Tym razem jestem chwilę po godzinie drugiej na dobrze znanym mi już parkingu w Spalonej Dolinie. Paka, drzwi, śpiwór, poduszka pod głowę, budzik na 7,30 i lulu.  Rano pyszne śniadanie i ulubiona kawę, a potem w drogę. Z góry patrzy na mnie kawał świetnej przygody!

Tatry Zachodnie, Rohacz Płaczliwy
Tatry Zachodnie, Widok z Hrubej Kopy m.in. na Tatry Wysokie
Tatry Zachodnie. Baraniec – najwyższy szczyt pasma
Tatry Zachodnie. Na szlaku na szczyt Banikova
Tatry Zachodnie. Trzy Kopy
Tatry Zachodnie. Rohackie Jeziorka
Tatry Zachodnie. Szlak na Banikov z Hrubej Kopy. Z tyłu Pachoł
Tatry Zachodnie. Na szczycie Banikova 2178 m


Tatry Zachodnie, październik 2019, lipiec 2025, wrzesień 2025