Jesteśmy zdobywcami Korony Gór Polski! Jesteśmy starsi o ponad trzy lata. Zostawiamy z tyłu 28 szczytów, setki pokonanych kilometrów i kilka (jak nie kilkanaście) tysięcy kilometrów przebytych autem. Podczas kilkudziesięciu górskich wycieczek przeszliśmy około jedenastu tysięcy metrów przewyższeń. Za nami mnóstwo wspomnień i przygód. Godziny rozmów i wspólnie spędzonego czasu pośród gór i przyrody. Chwile piękne i chwile groźne, wesołe i smutne, za nami Korona Gór Polski!
Nasz zespół to rodzinna trójka: Lenka, mama i tata. Lenka zdobyła KGP w wieku 9 lat, ośmiu miesięcy i 6 dni. Mamie i tacie zajęło to troszkę więcej. Zaczęliśmy w 2015 roku…

Sudety

Oj wcale nie jest tak, że pewnego dnia wstaliśmy z Marzenką – mamą sześcioletniej wówczas Lenki – i postanowiliśmy „zrobić” Koronne Gór Polski. Już wcześniej mieliśmy, kilka zakończonych sukcesem górskich wycieczek. Pamiętam, że kiedy Lenka miała trzy lata zdobyliśmy Krzyżną Górę w Górach Sokolich. W wieku lat czterech wdrapaliśmy się na Ostrzycę Proboszczowicką i Radunię.

Nad obrywem skalnym w Bardzie z widokiem na Szczeliniec.

Kiedy miała lat pięć zrobiliśmy dwudziestokilometrowy spacer po Izerach, a zimą próbowaliśmy zdobyć Śnieżnik. Bez powodzenia, bo zrobiło się ciemno. O wspólnych odwiedzonych miejscach z listy UNESCO (grubo ponad setka) czy innych dolnośląskich włóczęgach trudno wspominać, ponieważ uzbierało się tego troszkę przez pierwsze sześć lat życia naszej córki.

W górach Izerskich z widokiem na Wysoką Kopę

Nigdy nie „wnosiłem” Lenki na jakikolwiek szczyt. O przepraszam, byłbym skłamał. Targałem ją w nosidełku gdy miała pół roku na Połoninę Wetlińską. W miejscu gdzie kończy się las a zaczynają połoniny złapała nas czerwcowa burza, a właściwie trzy burze. Chyba wtedy Lenka przeszła prawdziwy górski chrzest. Przeczekaliśmy ulewę pod niskimi świerczynami, przemokliśmy do suchej nitki i zawróciliśmy. Zbiegłem na parking, rozgrzałem auto i zaczęliśmy suszyć maluszka. Nie płakała, miała duże oczka i ssała z niepokojem kciuka. Zatem jakieś przygotowanie pod koronę miała.

Bieszczady, nad Jeziorem Solińskim

Naszą przygodę z koroną zaczęliśmy w sierpniu 2015 roku. Lenka miała nieco ponad sześć latek. Zaplanowaliśmy wycieczkę w Góry Stołowe na szczyt Szczelińca Wielkiego. Stopnie, fantazyjne skałki, przesmyki, dziwne nazwy i pełna magii płaska góra. Jedno schronisko: pieczątka, wycieczka przez strzaskany szczyt, zejście do Radkowa, park dinozaurów i drugie schronisko: znów pieczątka. To wszystko miało zachęcić Lenkę do dalszych górskich eskapad. I chyba wtedy gdzieś między nami padło stwierdzenie: a może by tak zdobyć więcej takich gór?

Szczeliniec Wielki, mamy pierwszy szczyt z KGP

Kolejnym szczytem była Wielka Sowa. Pod schroniskiem Orzeł rozbiliśmy namiot na prawdziwy biwak. Mieliśmy kuchenkę gazową i ryby w puszkach. Ale nie mieliśmy… widelców. Wystrugałem patyki i jakoś ryba w pomidorach poszła. Rano wybraliśmy się na nasz drugi szczyt należący do Korony Gór Polski. Zanim powitała nas Wielka Sowa minęliśmy schronisko Sowa. Co za przypadek, z nami w plecaku też wędrowała sowa! Wkrótce sowa Andrzej stał się nieodłącznym towarzyszem górskich eskapad, czwartym z ekipy. Już na górze, zupełnie przypadkowo, byliśmy tuż przed uczestnikami corocznego biegu na Wielką Sowę. To dodatkowo podniosło atrakcyjność wycieczki. Mogliśmy kibicować startującym. W zamian za to Lenka mogła zobaczyć jak wygląda z bliska złoty medal i prawdziwi (tak jak ona) zwycięzcy. Cała wycieczka poszła niezwykle gładko, zatem pomyśleliśmy o czymś dłuższym i nieco trudniejszym. Wybór padł na Śnieżnik!

Kibicujemy uczestnikom 6 Biegu na Wielką Sowę. Wygrywają Kenijczycy, ale i my jesteśmy także zwycięzcami.

Podjadanie jagód na szlaku, piękna pogoda, beztroskie leniuchowanie na szczycie Śnieżnika, a wreszcie naleśniki z bitą śmietana w „Schronisku pod Śnieżnikiem” znakomicie ułożyły nam ten dzień zakończony kolejnym sukcesem. Po całodziennej wycieczce mieliśmy trzeci szczyt należący do korony. Poszło na tyle dobrze, że młoda dama po zejściu do Międzygórza dodatkowo zażyczyła sobie wizytę w Ogrodzie Bajek.

Gołoborze przy szlaku na Śnieżnik.

To był udany weekend, bo następnego dnia po zdobyciu czwartej pod względem wysokości góry w KGP, dorzuciliśmy do koszyka zdobywców, szczyt Kowadła położony w Górach Złotych. Tym samym, w jeden weekend z noclegiem w Bolesławowie, mieliśmy na swoim koncie dwa kolejne szczyty.

Odpoczynek w Górach Złotych na Kowadle

Tydzień później nadszedł czas, na troszkę nudniejszy widokowo szczyt Rudawieca. Góry Bialskie zaczęliśmy poznawać od czeskiej strony. Pod schroniskiem Paprsek było wesele, a my cieszyliśmy się z kolejnego szczytu. Dodatkowo wycieczkę wzmocniliśmy wizytą na skałkach Smrka i widokowego, pięknego Bruska.

Góry Bialskie. Pod schroniskiem Paprsek.

Podczas kolejnej wycieczki wybraliśmy się na Opolszczyznę, która zawadzała nam na dobrze już ukształtowanej w naszej świadomości mapie Korony Gór Dolnego Śląska i Opolszczyzny (16 szczytów). Biskupia Kopa lub jak kto woli Biskupska Kupa, położona na naszej mapie najbardziej na prawo, okazała się łatwą wycieczką. „Nie dał tata obciąć sobie krawata”, a zdobyta wieża była trzecią (licząc gruzowisko na Śnieżniku) wieżą zdobytą na szczytach KGP. Aby jeszcze zwiększyć atrakcyjność wycieczki, w pobliskich Złotych Horach przejechaliśmy się wyciągiem do ruin zamku Edelstein gdzie zjedliśmy tradycyjną już rybę z puszki wniesioną wraz z pozostałym turystycznym ekwipunkiem.

Wieża widokowa na Biskupiej Kopie w Górach Opawskich

Lato kończyliśmy zdobyciem ukrytego w lesie szczytu Skopca w Górach Kaczawskich. W plecaku wędruje z nami dobrze znana nam sowa Andrzej. Na przełęczy pod Barańcem robię jedno z moich ulubionych zdjęć z cyklu „Kocham Góry”. Nasza lista liczy już siedem szczytów. Zatem powstaje wyliczanka – odliczanka powtarzana odtąd po zejściu z kolejnego, zdobytego szczytu wg klucza: pasmo górskie – szczyt.

“Kocham Góry” Szczyt Ślęży widziany z przełęczy pod Barańcem w Górach Kaczawskich

Październik zaczynamy od wyprawy na Śnieżkę. Lenka uważa, że żona Śnieżnika jest piękniejsza, a sama wycieczka i szczyt są najtrudniejsze. Śniadanie na Skalnym Stole pyszne, a medal za zdobycie Śnieżki wypełni zasłużony, bo zdobyła najwyższą górę Sudetów i trzecią pod względem wysokości w koronie.

Podczas wędrówki na najwyższy szczyt Sudetów

Jesień w pełni, a kolejne weekendy są jakoś tak pogodowo nieatrakcyjne. Udaje nam się jeszcze zdobyć Waligórę w Górach Kamiennych. Do wycieczki Lenka namawia Grzesia, bo „z bratem maszeruje się weselej”, a szczególnie gdy ten na szczycie zalicza spektakularnego koziołka i jest: „taki niedoświadczony w tych górach”. Można mu pokazać co i jak oraz wytłumaczyć o co chodzi w tym łazikowaniu.

Zejście ze szczytu Waligóry w Górach Kamiennych

Jesień kończymy na szczycie pobliskiej Ślęży. Akurat są Mikołajki, a my postanawiamy odwiedzić Ślężańskiego niedźwiadka. Ze zdobytego szczytu schodzimy po zmroku używając latarek. Jest groźnie, ale wesoło. Co najważniejsze: nie jest nudno!

Nocne zejście ze szczytu Ślęży

W 2015 roku zdobyliśmy dziesięć szczytów należących do Korony Gór Polski, a w nagrodę zupełnie poza koroną, w święta Bożego Narodzenia wdrapaliśmy się na szczyt… włoskiego Wezuwiusza.

Na zboczach włoskiego Wezuwiusza. Miły przerywnik w projekcie KGP

Za nami zima i wielkie wyczekiwanie na nowy sezon. Podzielenie dwudziestu ośmiu szczytów KGP na „Sudety” i „Karpaty” optycznie skróciło cel. W Sudetach mamy szesnaście szczytów i już jesteśmy za połową. W Karpatach zostanie jedenaście, w Góra Świętokrzyskich jeden. Jak zrobimy szesnaście sudeckich to będziemy za połową czyli pójdzie z górki, bo będzie mniej. Tylko albo aż. Jako że jesteśmy z Wrocławia to sudeckie wycieczki były łatwe organizacyjnie. Zwykle sobota lub niedziela, szybki wyjazd, parking, śniadanie, wyjście na szlak, cel i powrót. Jak na razie wyjątkowo Śnieżnik i Kowadło zaplanowaliśmy jako wyjazd weekendowy. No nie licząc biwaku pod Wielką Sową, bo samodzielnie zakładane bazy to odrębna kategoria.

Ostatki zimy na przełęczy Okraj

Lenka zbiera pieczątki oraz kartki pocztowe kupowane w odwiedzanych schroniskach. Zimą wkleiliśmy je do specjalnego notesu w którym wcześniej staraliśmy się zapisywać pogodę i jakąś ważną rzecz z wycieczki. Jako, że z pisaniem u Lenki jeszcze nie jest łatwo zazwyczaj są to piękne rysunki.

Przerwa w schronisku PTTK Andrzejówka

Z utęsknieniem wyczekiwaliśmy wiosny. Sezon udało nam się otworzyć w majowy weekend od rozgrzewki podczas wycieczki na Kłodzką Górę w Górach Bardzkich.

Obowiązkowa pieczątka ze skrzynki na Kłodzkiej Górze

Pod koniec maja zaprosiliśmy na włóczęgę znajomych z córką – rówieśnicą Lenki. Wyjątkowo zabraliśmy piknikowy koc i dużo przekąsek. Jednego dnia, w spacerowym tempie zdobyliśmy szczyt Jagodnej w Górach Bystrzyckich i Orlicy w Górach Orlickich. Oba szczyty widokowo nieciekawe, ale grunt to towarzystwo. Jeden dzień i dwa szczyty i chyba pięć pikników plus śniadanie w schronisku Jagodna.

Na szczycie Orlicy

Wkrótce bardzo ambitnie podeszliśmy do nadchodzącego weekendu. Rano zdobyliśmy szczyt Skalnika w Rudawach Janowickich. Jednak to nie zarośnięty, czternasty szczyt z KGP, a pobliskie Konie Apokalipsy były największą atrakcją gdzie pobawiliśmy się we wspinaczkę. Znów była ryba z puszki. Tym razem Marzenka zabrała widelce. I wiecie co się okazało? Lenka do tej pory myślała, że rybę z puszki to jada się tylko widelcami zrobionymi z patyków (!).

Rudawy Janowickie, Konie Apokalipsy

Popołudniu wybraliśmy się jeszcze na szczyt Chełmca w Górach Wałbrzyskich. Latem 2016 roku Wałbrzych opanowała gorączka „Złotego Pociągu”. Zatem był czas na pogawędki o tajemniczych skarbach kryjących się w okolicach. Tego dnia zrobiliśmy ok. 460 m przewyższenia i ok. 12 kilometrów piechotą. Mieliśmy czternasty i piętnasty szczyt i … coraz dłuższą wyliczankę!

Jedziemy by zdobyć ostatni szczyt z KGP w Sudetach

Nim się obejrzeliśmy został nam ostatni szczyt w Sudetach: Wysoka Kopa w Górach Izerskich. 17 lipca 2016 r. czyli niespełna rok po rozpoczęciu przygody z Koroną zdobyliśmy ostatni z szesnastu sudeckich szczytów należących do Korony Gór Polski. Strzelił szampan, znalazł się ktoś kto zrobił nam wspólne zdjęcie. Mimo fatalnej, mglistej i deszczowej aury wracaliśmy radośni. Asfaltową drogę do Polany Jakuszyckiej Lenka pokonała na bosaka. Wracając podjęliśmy wspólną decyzję: pójdziemy dalej i wyżej. Pójdziemy w Karpaty tak szybko jak czas nam pozwoli. Bo kto raz pokochał góry to na zawsze.

Finał sudeckiego odcinka projektu KGP w Górach Izerskich na szczycie Wysokiej Kopy

Karpaty i Góry Świętokrzyskie.

Z końcem sierpnia jesteśmy w Karpatach, a konkretnie w Nowym Targu. Mamy piękna miejscówkę z widokiem na całe Tatry. Naszym celem jest zdobycie Turbacza. Przy okazji, po raz pierwszy podczas przygody z Koroną mamy możliwość podziwiania odległych tatrzańskich panoram. Już wiemy, że Karpaty to zupełnie inne góry. Zdobycie Turbacza zajmuje nam cały dzień, a w nogach mamy 20 km, 700 m przewyższenia i siedemnasty szczyt.

Turbacz jest nasz!

Dzień później, z samego rana, zdobywamy najwyższy szczyt Pienin czyli Wysokie Skałki. Podejście robimy od słowackiej strony. Trochę się gubimy i dochodzimy do miejsca skąd widzimy platformę na szczycie od której dzieli nas pięciometrowa stromizna. Zatrzymujemy się, bo gdzieś tu musi być jakiś „normalny” szlak. Na co Lenka krzyczy: „dawaj tato już blisko”. Zawróciłem ekipę, a chwile później „normalnie” od polskiej strony jesteśmy na osiemnastym szczycie KGP.

Odpoczynek na najwyższym szczycie Pienin

Tego dnia podjeżdżamy jeszcze na przełęcz Rydza – Śmigłego w Beskidzie Wyspowym. Dwugodzinny szlak na Mogielicę pokonujemy w godzinę i dwadzieścia minut! Bilans dwóch ostatnich dni mamy imponujący: trzy nowe szczyty i 1558 metrów przewyższeń. Zespół ma coraz większą moc i coraz większy apetyt na sukces. Tego nie można zmarnować.

Późne popołudnie pod szczytem Mogielnicy w Beskidzie Wyspowym

Dwa tygodnie później wracamy w Karpaty. Startujemy z Wrocławia o 3.33. O 7.30 jesteśmy na przełęczy Krowiarki. O 11.30 mamy Babią Górę. To nasz dwudziesty szczyt w KGP. W zespole czuć energię. W Zawoi odwiedzamy Centrum Górskie Korona Ziemi. Kapitalne miejsce, Lenka jest zachwycona Koroną Ziemi.

Beskid Żywiecki. Za chwilę wejdziemy na Babią Górę

Jesień to pora na najlepsze górskie zdobycze. Żal byłoby zmarnować taki entuzjazm w pokonywaniu kolejnych celów. Obserwujemy pogodę. Czuję, że najbliższy weekend to dobry moment, by zrobić to co obiecywałem sobie, że zrobię gdy Lenka będzie starsza. Marzenka ma lęk wysokości. Lenka jest jeszcze mała, bo ma dopiero siedem lat. Szykuje się piękny weekend przełomu września i października. Dziewczyny mają moc zatem… decydujemy się na Rysy!

Tatry. Okolice schroniska Pod Rysami

W piątek wieczorem jesteśmy w Zdziarze. W sobotni poranek, kilka minut po siódmej na termometrze jest plus trzy stopnie, a my stoimy na parkingu pod Popradskim Stawem. Ruszamy! Po raz pierwszy dziewczyny mają ze sobą kije. Mają im pomóc w pokonaniu szlaku na Rysy. Idziemy gładko, na szlaku robi się gęsto od innych zdobywców i mamy taką sytuację: lawina kamieni przed Wagą! W pewnym momencie Marzenka zostaje z przodu ja i Lenka z tyłu. Nagle słyszymy nadchodzący z góry coraz większy huk. To duże kamienie toczą się w naszym kierunku. Chwytem Lenkę za plecak i biegniemy kilka metrów w dół, do skał. Marzenka zostaje na górze. Lenkę przyciskam do kamiennej ściany, zasłaniam sobą, i zakładam ręce na głowę. Czekamy. Huk ustaje. Jest po sprawie. Nic się nie dzieje. Kamienie zatrzymane, ale adrenalina skacze. Obok nas, przy skale jest jeszcze kilka osób. Ktoś złorzeczy: co za kretyn ruszył w dół te kamienie? A Lenka? Lenka cały czas mi wypomina, że za bardzo przycisnąłem ją do skały i boli ją policzek. A Marzenka: gdy już po wszystkim ją dochodzimy widzę jak drżą jej nogi, a z oka płynie łza… To najgorsza sytuacja tego dnia! Ale takie są Tatry!

Tatry, idziemy coraz wyżej i wyżej….

Chwilę po 14-tej jesteśmy na najwyższym szczycie Polski. Mamy oczko. Z radością wchodzimy z Lenką jeszcze na Rysy słowackie- cztery metry wyższe od polskich. To niesamowite, Lenka zdobywa Rysy mając siedem lat i dziewięć miesięcy. Tata i mama są tu pierwszy raz. Tata spełnia marzenia, mama przełamuje słabości. Brawo! Schodzimy. Teraz to sobie może być już zima.

2499 m n.p.m. Mamy to! Rysy zdobyte.

Zimą powstaje fotograficzny album „Sudety” dokumentujący nasze wyczyny. 130 stron, 200 fotografii i opisy szesnastu wycieczek. Do końca projektu Korony zostało nam siedem szczytów.

Fragment albumu dokumentującego sudecki odcinek KGP

Pierwszym, wiosennym wyjazdem sezonu 2017 r. była długa, jednodniowa wycieczka na szczyt Łysicy. Tak jak w przypadku Biskupiej Kopy, położona w Górach Świętokrzyskich Łysica „zawadzała” nam na mapie zgodnie z zasadą: „trzeba skracać linię frontu”. Tego dnia, przy okazji zdobycia dwudziestego drugiego szczytu, odwiedziliśmy jeszcze słynnego dębowego „Bartka”, unescowe Krzemionki Opatowskie oraz… Sandomierz. Kolejne wypady w Karpaty postanowiliśmy planować tak, by z wyprawy przywozić kilka górskich „zdobyczy”.

Człapu, człapu i jesteśmy na Łysej Górze w Górach Świętokrzyskich

Połowa czerwca była idealnym czasem na górski weekend. W planach był: Beskid Sądecki, Beskid Niski, Lubomir i Skrzyczne oraz Czupel. Pięć kolejnych szczytów.

Beskid Sądecki. Początkowo wszytko idzie z planem. Mamy kolejny szczyt!

Niestety skończyło się tylko na zdobyciu Radziejowej, bowiem przy zejściu z dwudziestego trzeciego szczytu mieliśmy wypadek. Marzenka złamała nogę i potrzebna była pomoc GOPR. To był prawdziwy test dla naszej drużyny: mdlejąca mama na szlaku, akcja ratunkowa i piekielnie szybkie zejście w dół. Wszystko poszło sprawnie. Marzenka została zwieziona w dół quadem z ratownikami. My z Lenką, trasę z miejsca wypadku do parkingu, pokonaliśmy w rekordowym tempie. W Obidzy byliśmy klika minut po ratownikach. Z górskiego weekendu pozostała nam jeszcze …. wycieczka do szpitala w Krynicy, gdzie Marzence założono gips! Tym razem z weekendu wróciliśmy na tarczy. Z nogą w gipsie, o kulach, bez perspektywy na kolejne, wspólne górskie wyprawy. Projekt KGP został zawieszony do pełnej sprawności naszego drużynowego zaopatrzeniowca, do momentu kiedy Marzenka wróci z nami na górskie szlaki.

Zbocza Radziejowej. Tuż po wypadku, w oczekiwaniu na GOPR.

Projekt zawieszany, ale nie oznacza to, że całkowicie porzuciliśmy góry. Ze złamana nogą byliśmy np. obserwować Perseidy na przełączy Rędzińskiej.

Rekonwalescencja na Przełęczy Rędzińskiej. Korzystamy z wcześniej wypatrzonej miejscówki
Oglądamy Perseidy

Pod koniec sierpnia Marzenka „pokuśtykała” na najwyższy, nadmorski klif Polski: Gosań.

Widok na plaże pod klifem Gosań na wyspie Wolin. Całe 93,4 m n.p.m.

Latem z najmłodszą odwiedziliśmy kilkakrotnie Sudety. Byliśmy na szczycie Jesztedu, Śnieżki i Seraka. Po nowym roku rozpoczęliśmy rehabilitację od dreptania w Teplickich i Adrszpadzkich Skałach w ramach ćwiczeń umożliwiających powrót na szlaki.

Zimowa rekonwalescencja w czeskich Teplickich Skałach

Zimą, zrobiłem projekt „Yebokalgan Ri 7365 m n.p.m. czyli Himalaje w Sudetach”. W domu, na ścianie tuż nad obiadowym stole, zawisła motywacyjna tablica ze zdjęciami z dwudziestu trzech zdobytych dotychczas szczytów KGP. Opis projektu jest tutaj>>>>

Po trzynastu miesiącach od wypadku przy zejściu z Radziejowej wracamy na szlaki KGP. Zaczynamy od Beskidu Śląskiego. W lipcowy weekend zdobywamy Skrzyczne. Wygląda na to, że po złamaniu ani śladu. Gorzej z kondycją.

Na szczycie Skrzycznego dziewczyny próbują złapać kondycję

Dzień później jesteśmy na sąsiednim szczycie pasma Beskidu Małego – Czupelu. To nasze dwa kolejne szczyty w KGP. Pozostały jeszcze trzy.

Na szczyt Czupela podchodzimy następnego dnia mimo początkowej próby, zaraz po zdobyciu najwyższego szczytu Beskidu Śląskiego

Idealnym czasem na dokończenie projektu okazał się sierpniowy weekend 2018 roku. Zaczęliśmy go od wejścia na najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego czyli Lubomira. „Zrobiliśmy” go po drodze do Krynicy skąd dzień później wycelowaliśmy w Lackową. W aurze tajemniczości, spowodowanej mgłą, zdobyliśmy „technicznie trudny” szczyt. Szczególnie trudny gdy pamięta się o złamanej nodze. Poszło! Dwudziesty siódmy szczyt mamy za sobą. Czas ruszyć w Bieszczady.

Mroczne podejście pod szczyt Laskowej w Beskidzie Niskim

17 sierpnia 2018 r. meldujemy się w Wołosatem. Przed nami ostatni etap przygody. Z lewej strony coś tam dudni. Zbiera się na burzę.

W drodze po ostatni szczyt z projektu Korona Gór Polski

Dwie godziny później, na bieszczadzkiej Tarnicy strzela szampan. Burza zatrzymuje się Szerokim Wierchu. Mamy ostatni, dwudziesty ósmy szczyt z Korony Gór Polski. Koniec, koniec naszej wędrówki. Cel osiągnięty. Lenka ma dziewięć lat, osiem miesięcy i sześć dni. Ma Koronę Gór Polski!

Wielki finał na Tarnicy. Koniec fantastycznej przygody. Tarnica w Bieszczadach

Jesteśmy zdobywcami Korony Gór Polski! Jesteśmy starsi o ponad trzy lata, za nami 28 szczytów, paręnaście tysięcy metrów przewyższeń, mnóstwo wspomnień i przygód. Godziny rozmów i wspólnie spędzonego czasu pośród gór. Chwile piękne i chwile groźne, wesołe i smutne. Za nami Korona Gór Polski, świetny czas, piękne miejsca i fantastyczne przygody.

Polecamy z całego serca! Chasingunesco Team 2018.

Radość Lenki z widokiem na Połoninę Caryńską

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here