O asymetrykach, srebrnym szaleństwie i morskich strzałach

Wiedziałem, że w Bałtyku żyją ryby. To oczywistość, suchy fakt z podręczników do geografii. Jednak aż do moich ostatnich plażowych eskapad nie miałem pojęcia, jak wygląda ich łowienie z brzegu i jak niesamowite historie kryją się w falach naszego morza. Moje piesze wycieczki plażami, wzdłuż wybrzeża – od Władysławowa, przez Łebę, aż po Ustkę – całkowicie zmieniły to, jak patrzę na bałtycką faunę. Każda z tych stacji miała swojego rybnego bohatera


Część I: Flądra z Władysławowa. Surrealistyczny asymetryk

Wszystko zaczęło się na plażach tuż przed Władysławowem. Jesienny Bałtyk był niezwykle spokojny, wręcz idealnie kładł się falami na brzeg. Ale to właśnie ta niezwykła aura sprzyjała polowaniu na ryby denne. Trafiłem w sam środek zawodów wędkarskich. Długie wędziska gęsto rzeźbiły linię horyzontu przed popularnym „Władkiem”. To tam po raz pierwszy zobaczyłem z bliska, jak z morskiej piany wyciąga się flądry. Widok dziesiątek zaangażowanych pasjonatów szybko uświadomił mi jedno: ta ryba to prawdziwy bałtycki fenomen, a amatorzy jej połowu są liczni.
Listopadowy połów flądry

Łotewski paszport i smak neapolitańskiej pizzy

Dotychczas flądra miała dla mnie zupełnie inne wyobrażenie. Kojarzyła mi się wyłącznie ze zwykła smażalnią bądź z… Łotwą. Bo to właśnie nad brzegami Zatoki Ryskiej lokalne sprzedawczynie były nieodzownym, wręcz ikonicznym elementem krajobrazu. Sprzedawały flądry w charakterystycznej „posypce”. Ich struktura i chrupkość kojarzyły mi się z idealnie wypieczonym ciastem znajdującym się pod pizzą neapolitańską – rarytas, na który zawsze znajdowali się chętni.
Tu mieszkają flądry

Anatomia z bliska

Tymczasem „moja” pierwsza władysławowska flądra, drgająca na haczyku przypadkowo napotkanego wędkarza, była zaskoczeniem. Z bliska uderza jej anatomia. To ryba skrajnie specyficzna, niemal surrealistyczna – spłaszczona, z oczami przesuniętymi na jedną stronę, z wyraźnie zarysowanym rewirem lewej i prawej strony ciała. Natura stworzyła ją do leżenia na dnie, ale tego dnia musiała opuścić swój bezpieczny dom. Zawisła na haczyku. Stała się bohaterką mojej relacji.
Flądra z Władysławowa

Wiosenne cmentarzysko i obojętność mew

Z flądrami wiąże się jednak także ciemniejsza, niemal filmowa tajemnica wybrzeża. Wiosną, w okolicach Białogóry i Łeby, plaże potrafią zamienić się w cmentarzyska. Mijałem wtedy dziesiątki, jeśli nie setki martwych fląder wyrzuconych przez fale. Co fascynujące, rządzą nimi surowe, sezonowe prawa natury. O ile jesienią martwą rybą błyskawicznie interesowały się drapieżne mewy, o tyle wiosną ptaki mijały te same truchła z całkowitą obojętnością. Martwe, asymetryczne ciała leżały na piasku nietknięte, tworząc surowy, melancholijny obrazek, który na stałe wpisał się w krajobraz tego odcinka wybrzeża.

Tak, to już wiosna. Co z flądrami?


Część II: Śledź z Łeby. Srebrna gorączka u ujścia rzeki

Jeśli flądra była spokojnym, wręcz intymnym odkryciem rzemiosła na plaży, to kolejny przystanek przyniósł czyste, wędkarskie szaleństwo. Łeba, wczesna wiosna. Powietrze wciąż pachniało mrozem, a woda zaczynała tętnić ukrytym życiem.

Szaleństwo w porcie

Tuż przy ujściu rzeki, na samym wylocie z portu, wędkarzom przytrafia się coś, co przypomina oceaniczną gorączkę złota. Trafiają na prawdziwą ławicę. Śledzie biorą tam jak opętane, bez sekundy wytchnienia. Jedno pociągnięcie wędki w górę i zamiast pojedynczej zdobyczy, na zestawie haczyków trzepocze się jednocześnie dziesięć ryb. Kolejne plastikowe wiadra wypełniają się w mgnieniu oka, a na betonowym nabrzeżu srebrne sylwetki podskakują „jak wariaty”. To prawdziwa, pierwotna wędkarska uczta.
Wiadro pełne śledzi

Norweskie anegdoty i licytacja na sztuki

Połowy śledzia w Łebie
W takim miejscu portowe nabrzeże błyskawicznie zamienia się w scenę dla lokalnych opowieści. Zapach rybnej łuski miesza się tu z tytoniowym dymem i klasycznymi, męskimi przechwałkami.
– Jednego razu pod Oslo, z Józkiem wyciągnęliśmy ze sto pięćdziesiąt sztuk w pół godziny! – rzuca w przestrzeń jeden z wędkarzy, z dumą poprawiając czapkę.

– A Kazik mówił, że siedemdziesiąt! – momentalnie kontruje go czujny słuchacz, oparty o barierki.

– Bo Kazik wyciągnął siedemdziesiąt, a ja sto pięćdziesiąt! – ucina krótko autor anegdoty, nawet nie odwracając wzroku od wody.
Stojąc z boku, zacząłem liczyć w pamięci. Jeśli przemnożyć te wszystkie opowieści przez liczbę rąk pracujących w porcie, wychodzi imponująca statystyka. Pomyślałem z rozbawieniem: oni wyciągnęli stąd już tyle śledzi, że poziom wody w Bałtyku musiał opaść o dobre 63 centymetry! W Łebie śledź po prostu bierze tak szalenie, że morze wydaje się na moment o połowę płytsze.
 

Część III: Belona z Ustki. Majowe spotkanie z morską strzałą

Są jednak takie ryby, które burzą całe nasze wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać stworzenie morskie. Nie przypominają ani płaskiej flądry, ani klasycznego śledzia. Wyglądają jak przybysze z zupełnie innego świata. Taka właśnie jest belona, na którą natknąłem się w Ustce.
Ustecka belona

Portugalski ślad na plażach Costa Caparica

Pierwszy raz w życiu zobaczyłem tę rybę na plażach w okolicach Lizbony. Zapamiętałem ją natychmiast – jej specyficzny, aerodynamiczny kształt, przypominający skrzyżowanie węgorza z morską strzałą i ptasim dziobem, trudno pomylić z czymkolwiek innym. Moje najsilniejsze wspomnienie z nią związane pochodzi z portugalskiego Costa Caparica. To tam, tuż po nocnym odpływie, spacerując z Lenką, znaleźliśmy martwe sztuki wyrzucone przez ocean na mokry piasek. Wtedy była tylko egzotyczną ciekawostką z drugiego końca Europy.

Majowe przebudzenie

Wszystko wróciło do mnie w Ustce, gdy belona dała się złapać na wędkę tuż obok mnie. Od razu poczułem ten sam impuls i powróciły wspomnienia z Portugalii. Belona – co za kapitalna, magnetyczna nazwa. Ta ustecka, prawdziwie szalona belona, chwilę wcześniej walczyła na haku, a teraz żywo i energicznie podskakiwała na piasku, błyskając w słońcu swoim wąskim, srebrzystozielonym ciałem.
Wędkarski świat rządzony jest przez ścisły kalendarz natury. Belony ożywiają się w Bałtyku i podchodzą blisko brzegu właśnie w maju. Miałem ogromne szczęście, że moja obecność na plaży pokryła się z tym krótkim, intensywnym oknem w roku.
Tu mieszkają belony

Bałtycki gigant rzuca wyzwanie Oceanowi

Stojąc nad usteckim okazem, nie mogłem wyjść z podziwu. Trzymałem w rękach żywy dowód na to, że nasz chłodny Bałtyk potrafi rzucić wyzwanie otwartemu oceanowi. Ta polska belona była prawdziwym potworem – zdecydowanie większa, potężniejsza i bardziej imponująca niż sztuki, które zapamiętałem z portugalskiego wybrzeża.

Bałtyk pełen niespodzianek

Trzy wędrówki po plażach, trzy różne porty i trzy zupełnie inne ryby. Bałtyk, często niesprawiedliwie postrzegany jako monotonne, zimne morze, okazał się sceną dla niesamowitych, wędkarskich spektakli. Od cichego połowu asymetrycznych fląder, przez portowe szaleństwo śledziowe, aż po majowy spektakl z egzotyczną beloną w roli głównej – polskie wybrzeże potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Trzeba tylko na chwilę się zatrzymać, popatrzeć i posłuchać tego, co dzieje się na styku piasku i spienionej wody.

177 km wzdłuż plaż Bałtyku. Od Helu do Darłówka. Sebastian Mierzwa 2026 r.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj