Odcinek 1: Hel – Władysławowo
Jesienią 2025 roku przeszliśmy z Marzenką pierwsze dwa odcinki naszej trasy. Najpierw 14 kilometrów z Helu do Juraty, a potem kolejne 24 kilometry z Juraty do Władysławowa. A potem przyszła zima. Na kolejne etapy musieliśmy czekać aż do wiosny.
„Na niebie żadnej chmurki, tylko błękit po horyzont” – właśnie tak zapamiętałem te pierwsze kilometry. Czekając na cieplejsze dni, mocno idealizowałem miejsca, czas i cały ten szalony pomysł przejścia polskiego wybrzeża. Rzeczywistość była jednak bardziej surowa, a w głowie nie raz pojawiały się chwile zwątpienia. Bo przecież nie od początku było idealnie.
Cofnijmy się do startu. 26 października 2025 roku, Hel, godzina 10:51.
Stoję na samym cyplu helskim, w miejscu, gdzie fale zatoki zderzają się z otwartym morzem. To stąd ruszam plażą w kierunku Juraty. Po dwóch kilometrach mija pierwsze zauroczenie. Niebo wcale nie jest czyste – suną po nim ciężkie, dynamiczne chmury. Wiatr wieje lekko w plecy i w prawy policzek. Wschodni wiatr, rzecz jasna, nie policzek.
Piasek okazuje się potwornie grząski. Mam wrażenie, że utykam na każdym kroku. Lewa noga szuka względnie twardego gruntu, prawa bez przerwy zapada się na styku lądu i wody. Każdy krok to kalkulacja. Muszę uważać, bo spienione fale tylko czyhają, by wlać się do wnętrza buta. Gdybym szedł w drugą stronę, wszystko byłoby odwrotnie, a wiatr smagałby mnie dziś prosto w twarz.
Po pierwszej godzinie tej marszruty dopada mnie kryzys. W głowie huczy tylko jedna myśl: „Co za durny pomysł z tym przejściem plażą do Świnoujścia!”. To nie może się udać. Sam nie jestem do tego przekonany. Co mnie podkusiło, żeby opowiadać o tym Marzence? Podkręcać temat, rzucać hasła, że to będzie przygoda życia, że musi być fajnie?
Teraz kombinuję, jak się z tego elegancko wykręcić. Może sama zrezygnuje? Wszak przed chwilą sprytna fala dopadła jej stopę i Marzenka ma już mokro w butach. Może to ją zniechęci? Oby.
Bo generalnie oprócz piasku nie ma tu nic. Monotonia w czystej postaci. Zero punktów odniesienia. Jaki jest sens poruszać się w tak jednostajnym krajobrazie? Co to za przyjemność iść trzeci miesiąc przez tajgę albo jechać trzeci dzień przez Finlandię? Dokładnie tak samo czuję się teraz na helskiej plaży.
– O, coś widać! Ziemia na horyzoncie! – chciałbym krzyknąć jak rozbitek.
Przed nami majaczy kawał skorodowanej blachy. Z daleka wygląda jak wieloryb wylegujący się na brzegu. Ma nawet „oko”, które rośnie w oczach, gdy się zbliżamy. To prawdopodobnie wrak albo jego potężny fragment. Jestem gotów uwierzyć, że to część jakiegoś wielkiego statku, który skończył tu swój żywot. Wypisz, wymaluj – jak na słynnym Wybrzeżu Szkieletów w Namibii.
Nawet kolor plaży wokół tego znaleziska nagle się zmienia. Obstawiam chlorek żelaza wypłukiwany ze zardzewiałego żelastwa. Brzeg ciemnieje, przypominając wulkaniczny piasek z odległej Lanzarote. Podświadomie znowu szukam w głowie analogii do dalekich, egzotycznych zakątków świata.
Kawałek dalej coś znów zaburza nudną linię horyzontu. Mewa. Siedzi na piasku i coś zawzięcie skubie. Gdy podchodzimy bliżej, ptak niechętnie odlatuje, oglądając się na nas z wyraźnym niesmakiem. Podchodzę i sprawdzam, co było jej obiadem. Flądra. Martwa flądra wyrzucona przez morze, teraz już bez jednego oka.
I tak człowiek idzie przed siebie, gapiąc się tępo w ten piach. Ale ta monotonia uczy czujności – nagle zaczynasz wypatrywać detali. A nuż znowu coś znajdę?
O, jest! Martwa ważka rzucona na rudawo-czerwony piasek.
Kawałek dalej coś innego: meduza. Galaretowate, przezroczyste ciałko z fioletowymi kręgami. Cztery idealne okręgi przypominające czterolistną koniczynę. A może to jakiś głębszy znak? Gdzieś już to widziałem… Olśnienie. Przecież to zapleciony znak runiczny!
Kawałek dalej coś innego: meduza. Galaretowate, przezroczyste ciałko z fioletowymi kręgami. Cztery idealne okręgi przypominające czterolistną koniczynę. A może to jakiś głębszy znak? Gdzieś już to widziałem… Olśnienie. Przecież to zapleciony znak runiczny!
Morze szumi. Szumi mi wciąż w prawe ucho. Jednostajnie, rytmicznie, miło. Ten dźwięk powoli wprowadza mnie w trans, w jakiś dziwny, spokojny rytm, który niesie mnie do przodu. Krok za krokiem.
Nagle zaczynam analizować swój szpej
Nie mam dziś dobrego wyposażenia. Ot, zwykły plecak miejski i niskie buty przed kostkę. W głowie odpala mi się tryb logistyka: łatwiej byłoby z moim plecakiem skałkowym. Przydałby się pas biodrowy i porządne szelki. A i termos! Ciepła herbatka byłaby idealna na posiadówkę na plaży. Buty też zdecydowanie powinny być za kostkę, piasek nie sypałby się do środka. Może kije trekkingowe też by pomogły?
Hej! Stop! Stary, o czym ty w ogóle myślisz?! Przecież to potwornie nudne zajęcie, a ty właśnie zaczynasz planować logistykę na kolejne etapy! O co tu chodzi? Przecież jeszcze godzinę temu uważałeś, że to skrajnie niemądry pomysł. A teraz kompletujesz sprzęt? Neptun cię opętał? Usłyszałeś głos syren?
„Mamy cię!” – krzyczy wiatr i plażowe towarzystwo. „Jesteś nasz. Szybko cię stąd nie puścimy…”
(To krótki fragment moich samotnych rozważań. Marzenka została trochę z tyłu i na szczęście nie słyszy, jak głośno rozmawiam sam ze sobą).
– Dobra, dochodzimy do Juraty – głos Marzenki nagle wyrywa mnie z tego letargu. – Starczy jak na pierwszy raz. Próba zrobiona. Idziemy na kawę i jakieś ciastko. Za nami pierwsze 14 kilometrów.
– Jak to pierwsze? – pytam, udając zaskoczenie.
– No tak! Bo do Świnoujścia mamy ponad trzysta. To może być naprawdę fajna przygoda!
– Jak to pierwsze? – pytam, udając zaskoczenie.
– No tak! Bo do Świnoujścia mamy ponad trzysta. To może być naprawdę fajna przygoda!
Sól w powietrzu nagle uruchamia wspomnienia o dziadku Wincentym, który nigdy w życiu nie widział morza.
Kiedy jako mały chłopak pakowałem się na wyjazd do „mamowej” babci na wybrzeże, „tatowy” dziadek zawsze zadawał mi to samo pytanie:
– A ta woda to naprawdę jest słona?
– Słona, dziadku, słona – odpowiadałem z dumą światowego znawcy i bywalca.
– To przywieź mi jej trochę w butelce, bo chciałbym to sprawdzić – zachęcał mnie.
– A ta woda to naprawdę jest słona?
– Słona, dziadku, słona – odpowiadałem z dumą światowego znawcy i bywalca.
– To przywieź mi jej trochę w butelce, bo chciałbym to sprawdzić – zachęcał mnie.
Dziś, idąc tym pustym brzegiem, myślę o tym zupełnie inaczej. On nie żartował. Człowiek, który całe życie spędził na lądzie i nigdy nie dotarł nad Bałtyk, po prostu chciał realnie posmakować jego tajemnicy. Wtedy jednak byłem przekonany, że to tylko takie zwykłe, dziadkowe droczenie się z dzieciakiem.
I tak to się zaczęło
W listopadzie zdążyłem jeszcze zrobić kurs wspinaczki i „polatać” po Karkonoszach, ciesząc się piękną, złotą jesienią w górach. Jednak z tyłu głowy cały czas kołatał mi się Bałtyk. Często łapałem się na tym, że szumi mi w prawym uchu, a prawa noga wydaje się jakaś silniejsza i dziwnie rwie do przodu.
Zew morza wygrał bardzo szybko. 14 listopada – a więc niespełna trzy tygodnie od pierwszej wędrówki – zameldowaliśmy się we Władysławowie. Dzień później rano wsiadaliśmy już w pociąg powrotny do Juraty. Tym razem mieliśmy ze sobą wszystko, co potrzebne do pokonania kolejnych bałtyckich kilometrów. Plecaki, buty za kostkę, pełna profeska.
Półwysep Helski powitał nas melancholijnym klimatem. Na pustych plażach leżały zrzucone przez wiatr złociste liście i kolejne martwe meduzy. Szło się świetnie. Minęliśmy Jastarnię. W Kuźnicy zrobiliśmy przerwę na drożdżówki, które popijaliśmy gorącą herbatą z mojego ulubionego, górskiego termosu. Dzień był idealny – słoneczny, ciepły, pachnący późną jesienią.
Zostawiliśmy za sobą puste plaże Chałup. Tuż przed Władysławowem trafiliśmy na lokalny koloryt – podglądaliśmy z bliska, jak łowi się flądry. Kawałek dalej minęliśmy ostatnich surferów kończącego się sezonu. Moczyli się w blasku księżyca, łapiąc niemrawe fale otwartego morza w okolicach popularnego „Władka”.
Gdy dotknęliśmy metalowej siatki odgradzającej port we Władysławowie, było już zupełnie ciemno. To był nasz cel na dziś. Licznik wskazał miłe 24 kilometry.
Po wszystkim wylądowaliśmy na pobliskiej stacji benzynowej. Siedzieliśmy w środku, pijąc gorącą kawę i gapiąc się przez szybę na wejście. Nasze upiaszczone kije trekkingowe zostawiliśmy oparte o ścianę tuż przed drzwiami. I wtedy podszedł do nich on. Całkowicie obcy, a jednak w tym pytaniu jakoś dziwnie bliski człowiek. Popatrzył na sprzęt, potem na nas i zapytał bez ogródek:
– Skąd i dokąd idziecie?
– Z Helu do Świnoujścia – odrzekłem krótko.
– Wielki szacun! Powodzenia! – rzucił z uznaniem.
– Skąd i dokąd idziecie?
– Z Helu do Świnoujścia – odrzekłem krótko.
– Wielki szacun! Powodzenia! – rzucił z uznaniem.
W tamtym momencie klamka zapadła. Głupio byłoby teraz nie wywiązać się z obietnicy. Tym bardziej, że obok stał jego dzieciak i patrzył na nas jak na bohaterów, w których wierzy się bezgranicznie. Spojrzałem na moją towarzyszkę podróży. No, Marzenko! Teraz to już nie ma odwrotu, nie sposób się wycofać. Nie mamy innego wyjścia – musimy dojść do tego Świnoujścia.
Natura szybko dała nam jednak chwilę oddechu. Następnego dnia spadł pierwszy tej zimy śnieg. Sezon plażowy został oficjalnie zawieszony. Co ciekawe, nadchodzące święta Bożego Narodzenia spędziliśmy… w Świnoujściu. Odpoczywając na miejscu, żartowaliśmy, czy z okien nie widać nas przypadkiem, jak idziemy tu plażą z dalekiego Helu. Cóż, jeszcze nie w tym roku. Na trasę wróciliśmy pod koniec lutego. Żądni przygody, kilometrów i kolejnych bałtyckich plaż.
Bałtyk nie dawał o sobie zapomnieć nawet wtedy, gdy realizowaliśmy inne plany
Kiedy w czerwcu wypływaliśmy promem ze Świnoujścia w kierunku Szwecji, znów oczami wyobraźni widziałem nas, jak idziemy obok świnoujskiej latarni, a potem stoimy pod słynnym wiatrakiem – Stawą Młyny. Mimo że byliśmy wtedy w drodze po kolejne marzenie, jakim była wyprawa na Nordkapp, nasza plażowa przygoda cały czas zaprzątała mi głowę. Po raz kolejny pomyślałem, że to bałtyckie towarzystwo wciągnęło mnie na dobre. Co najciekawsze: wcale nie miałem nic przeciwko temu. Wręcz przeciwnie, było mi z tym niesamowicie dobrze.
Dzisiaj, dokładnie rok po tym, jak zrobiliśmy pierwsze kroki na helskim cyplu, jesteśmy już po kolejnym etapie. Właśnie zostawiliśmy za sobą trasę Łazy – Sarbinowo. Od miejsca startu dzieli nas już 217 kilometrów.
Świnoujście jest coraz bliżej, a cel staje się coraz bardziej realny. I choć wciąż idziemy przed siebie, ostatnio w naszych rozmowach pojawiło się zupełnie nowe pytanie: gdy już tam dojdziemy to co dalej?
Mocno wierzę, że będzie ciąg dalszy!
Z Helu do Świnoujścia plażą. Sebastian Mierzwa 2025-2026







