Przez dziewięć dni przejechaliśmy dwudziestoma dziewięcioma pociągami niemal 2000 km przez cztery kraje zahaczając o jeszcze jeden. Odwiedziliśmy kilka miejscowości: Kłodzko, Ołomuniec, Kromieryż, Żylinę, Poprad, Koszyce, Sátoraljaújhely, Użohrod, Przemyśl. Zdobyliśmy kilka wysokich szczytów. Tradycyjnie smakowaliśmy, popijaliśmy, filozofowaliśmy i bawiliśmy się świetnie. Lenka (10 lat) i tata (trochę starszy, ale tylko trochę). 

Nasze „vlaki 2018” zaczynają się w środę, 25 lipca o godz. 6.23 na Dworcu Głównym we Wrocławiu.
Inne 25 lipce:
– w kalendarzu Majów to Nowy Rok (nowy wypad na vlaki i od razu Nowy Rok);
– rok 1974 – premiera pierwszego odcinka serialu telewizyjnego Janosik w reżyserii Jerzego Passendorfera (przypadek z tym Janosikiem? – nie sądzę, bo o nim tu będzie!);
– rok 1803 – Na trasie Wandsworth-Croydon w Wielkiej Brytanii uruchomiono pierwszą publiczną konną kolej żelazną (no tak, musi być coś o pociągach);
– w 2005 roku gapiłem się na Krzywą wieżę w Pizie. Nawet nie wiedziałem, że to obiekt z listy UNESCO (pasja);
– i wreszcie 2018 rok, nasze trzecie vlaki (poprzednie >>>>)

To już tradycja. Bez kawy nie ruszamy. Dworzec Główny, Wrocław.

Wrocław, Dworzec Główny – starujemy

Do Dworca Głównego we Wrocławiu towarzyszy nam babcia. Będzie miała swoje 5 minut: przejedzie się z nami i pstryknie nam zdjęcie tuż przed naszym odjazdem pięknym Impulsem Kolei Dolnośląskich. Bilet mamy do Lichkova, metropolitarnej, czeskiej stacji tuż za granicą Polski. Legitymacja też podpisana. Za oknem: Węgry, Ziębice, Bardo…

Na trasie Wrocław – Kłodzko Miasto

Wrocław (łac. Vratislavia lub Wratislavia lub Budorgis, czes. Vratislav, niem. Breslau, śl-niem. Brassel, węg. Boroszló). Nasze wielkie miasto. Oznaczamy je jako punkt zero.


Kłodzko – dzień pierwszy

Kilka chwil po ósmej jesteśmy na stacji Kłodzko Miasto. Chwilę potem siedzimy na murku przed gotyckim mostem i zajadamy śniadanie. Pobliski sklep ma kawę, świeże pieczywo, jogurt i kabanosy w których zasmakowała Lenka.
Przez dobrze nam znany z dwóch poprzednich vlaków most na Młynówce idziemy przez starówkę do kłodzkiej twierdzy. Z informacji o godzinach zwiedzania wygląda, że będziemy jednymi z pierwszych gości tego dnia. Na miejscu meldujemy się przed przewodnikami, kasjerami i garstką chętnych. Dziś, wybierzemy się na górną część twierdzy. Zanim jednak trafimy na jej najwyższy punkt zajrzymy do kazamat i bastionów. Potem stoimy na górze i patrzymy: panorama Kłodzka, a dalej: Rudawiec, Śnieżnik, Jagodna, Orlica, Szczeliniec – pełny przegląd zdobytych przez nasz sudeckich szczytów należących do Korony Gór Polski.

Panorama z kłodzkiej twierdzy

To już taka nasza tradycja z tą twierdzą i z Kłodzkiem. Zawsze staramy się tak układać trasę by prowadziła ona przez to pełne uroków miasto, bo Kłodzko ma ten klimat, klimat dawnych dolnośląskich miast i miasteczek. W jego zaułkach kryją się prawdziwe perełki. Życie toczy się tutaj powoli. Stare kamienice przypominają miniony czas. Zapiekanka z pieca, taka z keczupem smakuje jak dawniej. W starych podwórkach czym gorzej, tym lepiej.

Kłodzko znad Młynówki
Kłodzko znad Młynówki

Kłodzko (tuż po wojnie Kładzko, łac. Glacium, Glacensis urbs, Glocium, niem. Glatz, dial. Glooz, czes. Kladsko). Odległość od punktu zero: 94 km.


Teraz na południe

Z Kłodzka odjeżdżamy po dwunastej. Pierwszy raz jedziemy trasą kolejową na południe. Przed nami otwiera się nieznany – znany świat. Nieznany z tej perspektywy, znany z wielokrotnych przejazdów szosą. A tymczasem po lewej Masyw Śnieżnika czyli od Czarnej Góry po Trójmorski Wierch. Po prawej Góry Bystrzyckie od szczytu Różanka po Jagodną. A my mkniemy w kierunku Międzylesia.

Stacja Bystrzyca Kłodzka. Polska

Na stacji w Lichkovie jesteśmy chwilę przed trzynastą. Czechy, powiało zagranicą. Wysiadło nas z pociągu całe sześć osób. Dwie studentki z plecakami, gość w słomkowym kapeluszu i walizką, koleś ubrany na sportowo z torbą od Nikiego, no i my: tata ze starym plecakiem i córką. Na peronie „witają” nas celnicy. Trochę jestem zdziwiony, bo myślałem że takie łapanki tutaj to przeszłość. Jeszcze bardziej oglądam się z zaciekawieniem gdy bebeszą torbę gościa w słomkowym kapeluszu i kolesia z torbą od Nikiego. Nas i studentki „puszczają wolno”. Chwilę zastanawiam się czego szukają?- Przemytu? – A co tu przemycać jak wszystko jest. – Terrorystów? – czy ci mogli by szykować zamach np. na stację przesiadkową do Vrchlabi (tak do Vrchlabi), ważny strategicznie węzeł kolejowy Kuncice nad Łabą?

Na trasie czeskich vlaków 2018

Lichkov (niem. Lichtenau ). Tuż za granicą Dolnego Śląska. Stacja przesiadkowa. Odległość od punktu zero: 138 km.


Granice

Lubię granice, zawsze przypominają mi się te wszystkie minione przygody z jej przekraczania. Taka niepewność, emocje, że coś się wydarzy. Myślałem że to wszystko minęło wraz z cała ta Unią, a tu jednak coś jeszcze zdarza się, coś się może przydarzyć. Jakaś taka mała kontrola, taki dreszczyk emocji, pretensji i pytania: ale po co?, ale dlaczego?, ale na co?
Lichkov. Pierwsza Holba i lody w knajpie nieopodal. W sam raz dla ochłody. Razem ze mną są gościu w słomkowym kapeluszu i koleś z torbą od Nikiego. Odreagowują stres łapanki. Studentki wolą chłodzić się w cieniu pobliskiego drzewa. Od i całe życie wokół dworca w Lichkovie. Zapuszczona knajpa, odnowiony dworzec, kilka os, dwa stare rozklekotane samochody i oczekiwanie na dalszą przygodę. Ta nadjeżdża punktualnie o 13.33 i nazywa się „Marcelka”. Zawiezie nas do Usti nad Orlici.
„Barunka” to imię naszego kolejnego żelaznego konia. Nasza podróż nabiera rozpędu. Z Usti jedziemy do Czeskiej Trebovej gdzie przesiadamy się na pociąg do Ołomuńca.

Przesiadka. Czeskie Vlaki 2018

Przejście graniczne Międzylesie-Lichkov do 1918 roku prusko-austriackie, następnie niemiecko-czechosłowackie, po 1945 roku polsko-czechosłowackie, od 1993 roku polsko-czeskie. Pierwszy pociąg przejechał tędy 15 października 1875 roku. 21 grudnia 2007 roku na mocy układu z Schengen przejście zostało zlikwidowane.


Ołomuniec – dzień pierwszy

Krótko po szesnastej jesteśmy w historycznej stolicy Moraw. X1/4 to nasz tramwaj zabierający nas spod dworca do rynku starego miasta. Naszym celem jest obiekt z listy UNESCO. To trzydziestopięciometrowa kolumna Trójcy Przenajświętszej, największa pośród kolumn morowych. Dobrze pamiętam ten nasz pierwszy tu wyjazd: Lenka lat trzy, a Marzenka cały czas w pełnym biegu za maluchem, który był wszędzie. To wtedy wpadliśmy na pomysł, że potrzebna nam jest opcja wózek – parasolka. Wsadzimy, zepniemy i będzie spokój. A dziś… idziemy sobie ul. Pavelciakovą, zajadamy hranolky i podjadamy arbuza. Imponująca ta kolumna, piękny rynek górny, ładny dolny, a socrealistyczny zegar astronomiczny na ratuszu imponujący. Czas powoli zmierzać dalej. Rekonesans zrobiony, kolumna „pstryknięta”, pociąg o 18.30 na Hlavni Nadrażni czeka.

Ołomuniec, stacja kolejowa
Ołomuniec, stacja kolejowa
UNESCO Ołomuniec
Kolumna morowa, Ołomuniec, Czechy
W Ołomuńcu

Olomouc (pol. Ołomuniec, niem. Olmütz, dialekt hanacki Olomóc albo Holomóc, łac. Eburum, Olomucium). Odległość od punktu zero: 270 km.


Kromieryż – pierwszy nocleg

Zatem dalej w drogę. Przez Przerów, Chropyne, Kojetin do następnego miasta z listy UNESCO – Kromieryża. Tam mamy nocleg, tam zatrzymamy się by odpocząć po tym długim dniu. Około dwudziestej jesteśmy w hotelu. Około dwudziestej pierwszej gramy w chińczyka w rynku. Ładnie się kończy ten nasz dzień. Rynek i pobliski Pałac Biskupi rozświetlają światła. Księżyc szykuje się do nadchodzącego wkrótce zaćmienia. To był dobry, pierwszy dzień urlopu. Za nami jakieś 314 km i siedem pociągów, jedna twierdza, dwa miejsca z listy UNESCO i wspólnie spędzone chwile.

Kromieryż, rynek. Czechy

Rano, zaraz po śniadaniu ruszamy do Ogrodu Zamkowego. Biegają tam pawie i małe króliczki. Jest też więcej żywego inwentarza. Miły spacerek przed dalszą podróżą. Zanim zameldujemy się na nowej miejscówce czeka nas taki przesiadkowy dzień.

Ogród Zamkowy i Zamek w Kromieryżu. Czechy

Kroměříž (pol. Kromieryż, Kromierzyż, niem. Kremsier). Odległość od punktu zero: 314 km.


Podróż w Karpaty – dzień drugi

Znowu Kojetin i Prerov. Potem Hranice na Moravie, Vsetin, Horni Lidec i jesteśmy w Karpatach. W linii prostej z Kromeriża do Horni Lidec jest jakieś 60 km. My jadąc zygzakiem zrobiliśmy 120, ale … chyba o to nam chodziło.

Czeskie Vlaki. Akcja pstryk!

Gramy w karty, gapimy się w okno. Na stacji Horni Lidec przesiadamy się do słowackiego piętrusa. W Czechach przez ostatnie trzy lata nie udało się nam ani razu przejechać takim dziwolągiem. W Polsce też go nie widziałem ostatnio. A tu proszę, nóweczka pociągnie nas przez ostatnią w Czechach stację Strelna do słowackiej Strelenki i do Puchova na Wagiem.Korzystamy z tygodniowego biletu na Słowację, który kosztował całe 29 euro za pasażera. Wydrukowaliśmy sobie go w domu i mamy teraz bilet na kartce A4 i jak przyjdzie konduktor to go czytnikiem ciach, a tam mu się zapala, że OK. No i pierwsza kontrola. Pani ciach nasz bilet i nic. Ciach jeszcze raz i nic. I pyta mnie co to za bilet? – a skąd? – a jak? – że nieaktywny- ale jedzcie, skoro macie bilet. Z tym biletem poszedłem na stacje w Puhovie i tam go kasjerce dałem z pytaniem czy jest dobry? Męczyła go skanerem, patrzyła w ekran komputera, ale nic tam chyba nie widziała. Mimo to powiedziała, że dobry. Wsiedliśmy w pociąg do Zliny i znów przyszedł inny konduktor. Ciach skanerem nasz bilet, a tam dalej …. czerwona lampka…. Ale z miną pokerzysty mówi, że ok. I dopiero od tego momentu przestałem się przejmować ich niedziałającymi czytnikami. Po kilku kontrolach bilet się zaktywował i już bezstresowo podróżowaliśmy dalej. No może jakaś niepewność jeszcze z tym biletem była, ale o tym potem.

Czesko – słowackie Karpaty

Karpaty (czes. i słow. Karpaty, węg. Kárpátok, rum. Carpați, ukr. i serb. Карпати, niem. Karpaten) – łańcuch górski w środkowej Europie (jeden z największych w tej części świata), ciągnący się łukiem przez terytoria ośmiu krajów: Austrii, Czech, Polski, Słowacji, Węgier, Ukrainy, Rumunii i Serbii. Najwyższy szczyt to Gerlach w Tatrach. Ma wysokość 2655 m n.p.m.


Żylina – dzień drugi

Jesteśmy na Słowacji. Koleje na Słowacji nazywają się „Narodni Doprawca”, nazwa ciekawsza jak zamalujemy literkę D z drugiego wyrazu. Przyjechaliśmy tu pociągiem co wcale nie było jakoś szczególnie trudne. Magistrale wyremontowane, pociągi odświeżone, jakoś tak nowocześnie, jakoś tak niekameralnie. Dopiero stacja Żylina nas uspokaja, że jedziemy w dobrą, prowincjonalną stronę czyli na wschód.

Żylina, Słowacja

Ładna ta Żylina. Po drodze na stare miasto idziemy ul. Narodną, potem, pokonawszy Farskie Schody mijamy katedrę św. Trójcy. Do rynku dochodzimy ul. Farską, a Mariánske Námestie witają nas renesansowe i barokowe kamienice. Na środku studnia z kłódkami i kolejny nieco odrapany kościół. Do tego trwają warsztaty rzemieślników dla dzieciaków. Garncarze, pszczelarze, włókniarze itp. ginące zawody.

Żylina rynek, Słowacja
Żylina

Lenka włącza się w kolejne rzemiosła. Ma już prawdziwą świecę z wosku pszczelego, serce utkane z owczej wełny i sole do kąpieli z naturalnych składników i zapachów. Nawet krótka burza nie przeszkadza w mile spędzonym czasie. Jednak trzeba kończyć tę krótką wizytę w tym mieście. Przed dziewiętnastą mamy pociąg do pobliskiego Strećna gdzie planujemy zatrzymać się na dwie noce.

Żylina, Słowacja

Žilina (pol. Žilina, węg. Zsolna, niem. Sillein). Odległość od punktu zero; 511 km. Drugi dzień wypadu.


Strećno – dwa noclegi

Jesteśmy w pobliżu zamku Strećno, przechodzimy mostem pieszym na drugą stronę szerokiego Wagu. Jesteśmy w Malej Fatrze. Wag jest największą (ponad 400 km) rzeką płynąca w granicach Słowacji. W pensjonacie Alżbetka takim lokalnym, takim sielskim odpoczniemy, zjemy kolację i .. przygotujemy się na jutrzejszą super przygodę.
Dziś przejechaliśmy ponad 200 km, pięcioma kolejnymi czeskimi vlakami i czterema słowackimi. Za nami 523 km. I tak Czeskie Vlaky stają się Ceskoslovensko Vlakami!

Strećno, rzeka Wag, zamek i przepraw promowa, Słowacja.

Strečno (węg. Sztrecsény, do 1899 Sztrecsnó). Odległość od punktu zero: 523 km. Dzień trzeci.


Pierwszy dzień górski. Mała Fatra. 

Jakoś wcześnie nie trzeba było dziś wstawać, bo spało się dobrze. Teraz jemy śniadanie, a potem spokojnym spacerkiem idziemy na drugą stronę Wagu. W oczekiwaniu na pierwszy SAD-em (Słowacki PKS) posiedzieliśmy trochę nad rzeką spoglądając na zamek na urwisku i kursujący prom pieszo samochodowy. Podjeżdżamy autobusem do pobliskiego Varin i tu niestety musimy poczekać godzinne na kolejny autobus do Terchovej.

Na szlakach Małej Fatry, Słowacja.

Oprócz tego, że Trechnova jest bardzo dobrą bazą wypadową w Mała Fatrę znana jest także z tego, że to właśnie tu w 1688 roku urodził się słynny Juraj Jánošík – karpacki zbójnik i słowacki bohater narodowy. Ale w sumie to gdzie nam się spieszy? Dopiero po jedenastej jesteśmy na szlaku w kierunku stacji narciarskiej Starý Dwór. Tu „wyrzucamy się” pod schronisko Chata na Gruni położonej na wysokości 870 m n.p.m. Stąd zejdziemy żółtym szlakiem do Vratnej Chaty. Mamy ze sobą winogron i lokaleski kozi ser. Z Vratney Chaty 740 m n.p.m. przy użyciu „sztuczki” startujemy na Chleb -1490 m n.p.m. Jest czternasta, pora obiadowa zatem przysiadamy w restauracji na górze. Jakoś tak pusto, jakoś tak spokojnie, mało ludzi. Świetnie!


Wielki Krywań 1709 m n.p.m. – mamy to! Trzeci dzień

Przez Snilovskiè Sedlo idziemy w kierunku najwyższego szczytu Velky Krivan -1709 m n.p.m. Coś tam gdzieś z boku grzmi. Przez chwile myślę, aby odpuścić, aby zawrócić.

Mała Fatra, Słowacja.

Ostatecznie jednak idziemy do przodu i o 15-tej jesteśmy na szczycie! Ładnie tu, może pogoda widokowo nie najlepsza, ale coś tam widać. Jesteśmy na najwyższym szczycie Małej Fatry. Teraz będziemy schodzić. Przed nami kawał drogi już bez „sztuczek”: 10 km i ponad dwie i pół godziny zejścia do stacji kolejowej Sutova skąd przed dziewiętnastą mamy pociąg do Strećna. Pod drodze parę razy grzmi, ale w dolinach obok. Nam się udaje uniknąć burzy.

Na szczycie Wielkiego Krywania. Słowacja

U Alżbetki jesteśmy chwilę przed 21. Krótko po, znad gór, nad Mała Fatrą wschodzi już w połowie przyciemniony Ziemią Księżyc. Będzie tak przysłonięty niemal do połowy nocy. A my? Zjemy pizze, pokażę Słowakom gdzie jest Księżyc, Lenka pobawi się z tubylczym, małym kotkiem i pójdziemy odespać nasz trzeci dzień eskapady. W nocy obudzę się by zerknąć jak tak Księżyc? – był czysty, niczym już przysłonięty. Nie wiem która była godzina.
Bilans wycieczki: 11 godzin, 2 autobusy (SADy), 2 wyciągi, 1 pociąg, 21 km pieszo i zaćmiony Księżyc.

Mała Fatra Słowacja

Veľký Kriváň – pol. Wielki Krywań to najwyższy szczyt pasma górskiego Mała Fatra. Odległość od punktu zero: 544 km.


Liptowski Mikułasz – czwarty dzień

Dziś niedziela, znów nie ma gdzie się śpieszyć. Dzień rozpoczynamy leniwie. Śniadaniem i spacerkiem na stację.
Linia kolejowa ze Strecna do Liptowskiego Mikulasza jest bardzo ładna widokowo. Poprowadzona jest wzdłuż Wagu. Najpierw przecina Małą Fatrę i po lewej stronie prezentuje widoki na jej najwyższe szczyty, by następnie po prawej stronie ukazać Wielką Fatrę. Tuż za Rużemberokiem znów po lewej stronie zobaczymy Góry Choczańskie, by za chwilę cieszyć się widokiem z prawej strony na Niżne Tatry. Zatem jakkolwiek usiądziecie we vlaku czekają na was widoki. My siedzieliśmy po prawej mknąc do kolejnego przystanku jakim jest Liptowski Mikułasz – miasto gdzie w 1713 r. stracono dwudziestopięcioletniego Juraja Jánošíka. Dziś po nim ani śladu, a po dawnej historii zostały miejsca: rynek, dwa kościoły i kilka ulic. Przed dworcem spod wypłukanego tynku wyłazi napis po Węgiersku. Znak, że „kiedyś tu było inaczej”. Dziś wyjątkowo sennie, nudno i pusto. Posprzątane. Zniknął duch miasteczka, zniknął duch Janosika. Posiedzieliśmy pod kościołem św. Mikołaja, zjedliśmy lody i ruszyliśmy dalej, do Popradu gdzie zatrzymamy się na kolejne dwie noce.

Liptowski Mikułasz. Słowacja.
Liptowski Mikułasz. Słowacja.
Węgierskie napisy z czasów monarchii. Słowacja

Liptovský Mikuláš (pol. Liptowski Mikułasz , do 1952 słow. Liptovský Svätý Mikuláš, węg. Liptószentmiklós, niem. Sankt Nikolaus in der Liptau, Liptau-Sankt-Nikolaus). 658 km od punktu zero. Czwarty dzień.


Poprad – dwa noclegi

Stacja kolejowa w Popradzie położona jest na wysokości 672 m n.p.m. Do hotelu mamy 5 minut drogi. Pokój mamy mieć z balkonem, a dostajemy z oknem. Schodzę na recepcję i błąd zostaje naprawiany. Z punktu widzenia pasji fotografii ten balkon był mi potrzebny. Już wcześniej wymyśliłem sobie ten wschód słońca nad Beskidami uchwycony z tego molocha ustawionego w centrum. Mieszkamy na dziewiątym piętrze. Zostawiamy bagaże i idziemy do AQUAPARKU na pełne pięć godzin. Dawno się tak nie wymoczyłem, dawno nie miałem takich dziadków. Lenka zadowolona, acz nieco rozczarowana pokazem laserów na który czekaliśmy niemal do zamknięcia.

Wschód słońca nad Beskidami. Poprad, Słowacja

Drugi dzień górski. Tatry. Piaty dzień wyjazdu.
O siódmej trzydzieści jesteśmy już po śniadaniu, podstawowo spakowani i na dworcu. Naszym celem jest Łomnicki Szczyt 2624 m n.p.m. Oczywiście planujemy wciągnąć się tam kolejką. Musimy to zrobić rano gdyż na popołudnie zapowiadają burze. Zresztą obserwujemy pogodę od kilku dni. O ile tak do południa jest pięknie to po południu chmurzy się nad Tatrami i okolicą. I huczy. Zatem jak Łomnicki to rano. Ruszamy rano, a jakże: Tatrzańską Koleją Elektryczną popularnie zwanej elektriczką (czyli tramwajem), która w Popradzie ma swój osobny peron i specjalnie przystosowane składy.

Tatrzańska Kolej Elektryczna. Słowacja

Rozstaw szyn dla tego środka lokomocji to 1000 mm co rzeczywiście może przypominać tramwaj, ale w środku to już bardziej jest pociąg, a może metro. Zresztą trasa też jest pociągowa, łącznie liczy 29 km i ma dwie linie: czerwoną do Szczyrbskiego Plesa i zieloną do Tatrzańskiej Łomnicy.

Poprad (węg. Poprád, niem. Deutschendorf) – miasto u podnóża Tatr, w historycznym regionie Spisz. 718 km od punktu zero. Dzień piąty.


Łomnicki Staw 1751 m n.p.m. Piąty dzień.

Naszym celem jest wyciąg w Tatrzańskiej Łomnicy. Niestety, pierwsze wolne bilety na Łomnicki Szczyt są na trzynastą trzydzieści co wobec pogody czyni naszą wycieczkę ryzykowną. Bo co to za przyjemność patrzeć na Tatry w chmurach?

Górna stacja kolejki na Łomnickie Sedlo. Słowacja.

Po krótkim namyśle odpuszczamy i bierzemy wariant: Tatrzańska Łomnica – Skalne Pleso (1751 m. n.p.m.) – Łomnickie Sedlo 2190 m n.p.m. – Skalne Pleso. Tym samym osiągamy Velką Lomnicką Vezę na wysokości 2214 m n.p.m. Pozwoliło nam to „zajrzeć” do Doliny Małej Zimnej Wody i Doliny Pięciu Stawów Spiskich. I chyba było to dobre pociągniecie. Deszcz nas złapał dopiero na powrocie, gdy już byliśmy w schronisku przy Skalnym Pleso.

Skalne Pleso. Słowacja

Stąd czerwonym szlakiem schodzimy do Bilkovej Chaty. Po drodze widzimy ogrom zniszczeń jakie wyrządziły ulewy, przechodzące przez dolinę kilka dni wcześniej. Docieramy do stacji Wysokie Tatry. W Starym Smokowcu jesteśmy krótko przed siedemnastą skąd Ozubnicovą železnicą zjedzmy całe 6 km do Szczyrby. Tu zaliczamy godzinny postój spowodowany opóźnieniem pociągu. Na szczęści jest budka z piwem i lodami co skutecznie umila nam czas. Do Popradu docieramy o dwudziestej kończąc dzień zasłużoną obiadokolacją w pobliskiej restauracji.

Na Velkiej Lomnickiej Vezy. Słowacja
Dolina Małej Zimnej Wody. Tatry, Słowacja

To był nasz piaty dzień wyjazdu. Za nami 726 km przejechane dziewiętnastoma pociągami. Kolejne trzy wyciągi i 10 km pieszo.

Łomnicki Szczyt. Słowacja

Łomnicki Staw ( słow. Skalnaté pleso, dawniej Lomnické pleso, niem. Steinbachsee, węg. Kőpataki-tó). Jezioro polodowcowe o głębokości 2 m. Zdarza się, że całkowicie wysycha


Tatrzańskie szlaki

19 lipca 2018 roku ulewne deszcze poniszczyły i uszkodziły wiele szlaków w słowackiej części Tatr Wysokich. Kilka dni po tym zdarzeniu mięliśmy okazję pokonać odcinek miedzy schroniskiem Zamkowskiego, a Hrebienokiem. Wiele porwanych przez wodę świerczyn i białe kamienie to jedyne pozostałości po rozszalałych wodach Staroleśnego Potoku i Małej Zimnej Wody. Mimo, że kładki na potokach nie przetrwały naporu wody bez trudu przeprawiliśmy się na druga stronę. Służby parku zdążyły usunąć uszkodzenia i odbudować tak przydatne turystom mostki.

Słowackie Tatry
Tatrzański potok kilka dni po ulewach. Słowacja.


Ozubnicová železnica

Słowacka linia kolejowa zwana Ozubnicová železnica to kolej zębata biegnąca ze stacji Szczyrba (Štrba 895 m n.p.m) do stacji Szczyrbskie Jezioro (Štrbské Pleso 1349 m n.p.m.). Została zbudowana w latach 1895-1896 w czasie trzynastu miesięcy. Trasa jest fragmentem Tatrzańskiej Kolei Elektrycznej i przebiega u podnóża Tatr. Kolej pokonuje 4753 m w czasie 14 minut przy jeździe w dół lub 18 minut w górę. Różnica wysokości wynosi 454 m. Rozstaw szyn to 1000 mm pomiędzy którymi zastosowano pierwotnie system szyny Riggenbacha, a po przebudowie w 1970 r. szynę zębatą van Rolla wspomagającą pokonanie piętnastoprocentowego nachylenia (więcej o tej linii kolejowej >>>>)

Ozubnicová železnica. Słowacja
Ozubnicová železnica. Słowacja


Koszyce – szósty dzień

Żegnamy Poprad. Naprawdę w biegu wsiadamy do pociągu do Koszyc. Profilaktycznie pani konduktor pytam czy na tym bilecie co mamy można jeździć tatrzańską elektriczką. Mówi że tak! A jednak, a jednak dobrze, że nie kupowałem biletów choć trochę męczył mnie ten stan niepewności. Dodatkowa adrenalina.

W słowackim vlaku.

Krótko po dziesiątej jesteśmy w Koszycach- Europejskiej Stolicy Kultury z roku 2013. Nasz pociąg mknął przez ten górzysty kraj wzdłuż rzeki Hornad. Chyba byliśmy zmęczeni poprzednim dniem i ten odpoczynek w podróży dodał nam sił na dalszą eskapadę.

Na trasie do słowackich Koszyc

W Koszycach, po obowiązkowej porannej kawie so sebou ruszamy przez park, by potem mostem nad Hornadem i ulicą Młyńską przejść do rynku Starego Miasta. Idziemy pod Wieże Urbana i chłodzimy się przy Śpiewającej Fontannie. Jest poniedziałek, jedenasta przed południem, a melomanów wielu. Cyganie myją się w pobliskim zdroju ulicznym. Widać tu ruch turystyczny. Widać wielkomiejski szyk. O czystość ulic dbają polewaczki, które świetnie sprawdzają się w ten upalny dzień. Przyznać trzeba, że wieki nie widziałem polewaczki, a tu proszę – są! Odkrywam Koszyce na nowo. To piękne miasto. Kościół św. Elżbiety, kaplica św. Michała, teatr jakże podobny do lwowskiego.

Koszyce, Słowacja
Koszyce, Słowacja
Koszyce. Słowacja


Sátoraljaújhely – nocleg

I znowu ten moment: czas wracać, czas ruszać w dalszą drogę. Teraz dalej na wschód, dalej od cywilizacji. Około dwunastej mamy pociąg do granicznego Slovenskiego Nowego Mesta/Ujhely. Wbrew nazwie ta miejscowość nie jest miastem. To wieś na pograniczu węgierskim, relikt traktatu z Trianon przyznający ten węzeł kolejowy Słowacji. To jedno z tzw. wielu podzielonych miast. Dodatkowy paradoks to fakt, że miejscowość posiada prawo wyrobu Tokaju, który to przecież jest iście węgierskim trunkiem. To z kolei pozostałość po czasach habsburskich. Dziś, w dobie Unii to wszystko jest przeszłością, a granice na rzece Ronava można przekraczać do woli co też uczyniliśmy. Nocleg mamy w węgierskim Sátoraljaújhely!

Tokaj w Slovenskim Nowym Mieście. Słowacja

Na stacji Slovenske Nowe Mesto wysiada oprócz nas jeszcze jeden pasażer. Chwilę później jesteśmy na Węgrzech. Jest upalnie. Idziemy do naszego BERG PANZIO położonego na zboczach Gór Zemplinskich. Kiedy docieramy, nasz nocleg okazuje się zamknięty na trzy spusty. Wokół cisza, parasole poskładane, wygląda tak jakby właściciela wyjechali na wakacje. Dzwonię, po chwili przyjeżdża Węgierka i na tyle co ją potrafię zrozumieć dowiaduję się, że faktycznie nikogo nie ma, ale ona nami się zajmie. Tzn. otworzy, przyjmie nas i jutro zrobi śniadanie, bo faktycznie właścicieli nie ma. Ok. zostawiamy bagaże w paryskim pokoju i idziemy do parku rozrywki Zemplen.

Zemplen, Węgry

Tam pojeździmy na letnim torze saneczkowym i dętkach. Wjedziemy też najdłuższym na Węgrzech wyciągiem na górę Magas-hegy (514 m n.p.m) by zerknąć na pobliskie góry Tokajsko – Slańskie. Do miasta wrócimy autobusem miejskim, takim starym Ikarusem. Jazdę takim modelem pamiętam jeszcze z podstawówki. Odwiedzamy także dworzec kolejowy w Sátoraljaújhely. W 1874 roku stacja Sátoraljaújhely miała połączenie z odległym o 266 km Przemyślem.

Prosta nazwa do wypowiedzenia. Węgry

Była stacją początkową pierwszej Węgiersko-Galicyjska Kolei Żelaznej, która na północną stronę Karpat wiozła pasażerów przez Przełęcz Łupkowską. Na stacji kupuję bilet do Sarospatak. Nie mamy jednak zamiaru tam jechać, raczej kupujemy go by zmylić dworcowe służby i móc posiedzieć przy kawie z automatu na peronowej ławce tuż pod tablicą upamiętniającą wizytę tu dzielnego wojak Szwejka. Zakupiony bilet jest biletem kolekcjonerskim, bowiem naszym celem jest zupełnie inny kraj, do którego ruszamy jutro, bardzo wcześnie rano.

Pamiątkowa tablica w Satoraljaujhelyi. Węgry

Noc upłynęła nam spokojnie w pensjonacie, w którym oprócz nas był tylko starszy Pan. Prawdopodobnie oddelegowany został przez właścicieli jako ktoś, kto przypilnuje gości by włos z głowy im nie spadł. Wcześnie rano zebraliśmy się w dalszą podróż i opuściliśmy pensjonat bez śniadania. Te jemy na trawce, pod dworem w oczekiwaniu na nasz vlak do Czernej nad Cisą.

Sátoraljaújhely (słow. Nové Mesto pod Šiatrom, niem. Neustadt am Zeltberg). Odległość od punktu zero: 919 km. Cały czas szósty dzień.


Podróż na Zakarpacie – siódmy dzień

W Czernej nad Cisą nasz pociąg kończy bieg. Znać, że pogranicze, znać że styk dwóch światów. Atmosfera związana z przekroczeniem granicy gęstnieje. Obdrapany pociąg, składający się z jednego wagonu i lokomotywy spalinowej gotowy do odjazdu na Ukrainę.

Wystrój wnętrza dworca kolejowego w Czenej nad Cisą. Słowacja

Przed pociągiem konduktorka. Nie kupisz biletu u niej. Zatem biegnę do dworcowej kasy. Trzy euro – tyle kosztuje nas przepustka do innego świata. Mając bilet możemy uzgadniać wejście. Uzgadniać…. bo oprócz biletu, przed wejściem do pociągu musimy pokazać paszporty. OK – jesteśmy w środku. O dziewiątej ruszamy na wschód. W pociągu jest kilkanaście osób. Dziwna atmosfera, nikt nie rozmawia, cisza. Pociąg toczy się pośród plątaniny torów z prędkością 15 km na godzinę, nie więcej. Po pięciu kilometrach zatrzymuje się w polu gdzie stoi budka pograniczników.

Przystanek na granicy słowacko – ukraińskiej.

Pogranicznicy wchodzą do składu i zaczynają zbierać paszporty. Znikają, a w wagonie zalega taka cisza, że słychać przelatującą muchę. Oczekiwanie. Przez brudne okna patrzę na dosłowną pustkę. Nic za oknem. Jakiś taki pordzewiały sovieticus z reliktami przeszłości: niedziałającymi szperaczmi i rozpadającą się infrastrukturą. Jedynie mundury słowackich celników są nowe. Paszporty oddane, towarzystwo sprawdzone, ruszamy. Po kolejnych czterech kilometrach pociąg się zatrzymuje: Czop. Wysiadamy. Za nami 9 km i 55 minut jazdy, w tym 15 opóźnienia. Jesteśmy na Rusi Węgierskiej, na Rusi Zakarpackiej, jesteśmy na czechosłowackich kresach okresu międzywojennego czyli Rusi Podkarpackiej, w Karpato-Ukrainie, jesteśmy na Zakarpaciu, jesteśmy na Ukrainie. Jakkolwiek by zwał to miejsce będzie historycznie: Rusińsko, Węgiersko, Słowacko, Niemiecko, Rumuńsko.


Czop Ukraina

Zanim wyjdziemy z dworca przechodzimy kontrolę graniczną. Na pytanie co masz w plecaku? – odpowiadam z uśmiechem – Brudne gacie. Ukraiński celnik się śmieje, i mówi: – „a idź mi z tym”. Jesteśmy po odprawie. Możemy iść dalej, przez wielki dworzec w Czopie. Po chwili podchodzi do mnie kantor i robimy klasyczny change. Lenka patrzy na mnie z niepewnością. Nigdy nie widziała tylu dziwnych rzeczy tylu dziwnych zachowań: celników, nadmiernej kontroli, niezrozumiałej wymian pieniędzy zwijanych w rulon na kolanie, nieznajomych liter na rozkładzie, obcej mowy w której tata stara się mówić i… takich toalet.

Rozkład jazdy na dworcu w Czopie. Ukraina

Okazuje się, że do Użogrodu łatwiej nam będzie dojechać marszrutką spod dworca. Podobno ma przyjechać lada chwila. Na przystanku czeka dużo ludzi. Jadą w różne strony. Co to ta marszrutka Tato? – pyta Lenka. – To taki ni to bus, ni autobus, ale dojedziemy nim wszędzie gdzie zechcemy. Dziwnie tu tato – stwierdza Lenka, otwierając ostatnią puszkę coca-coli. Dziecko zachodu – myślę, gdy Lenka patrzy przez okno marszrutki na uciekające za oknem pola słoneczników.

Чоп (pol. Czop, węg. Csap, słow. Čop). Odległość od punktu zero: 965 km


Użhorod – nocleg

Krótko po dwunastej jesteśmy w stolicy Zakarpacia. W okolicach dworca autobusowego wstępujemy na bardzo dobrą, taką prawdziwą wiedeńską kawę do pobliskiej pijalni… mieszczącej się w zaroślach dających naturalny cień. Stąd pójdziemy do serca miasta, przez most na Użu, przez deptak Korzo do hotelu Atlant.

Nad Użem w Użhorodzie. Ukraina

Popołudnie spędzimy zaglądając do katedry, zamku, skansenu wsi zakarpackiej oraz spacerując po centrum i lipową aleją wzdłuż rzeki Uż. Tu coś zjemy, tam posiedzimy, tu popatrzymy i pooglądamy miejsce gdzie poprzenikały się kultury Rusinów, Węgrów, Czechosłowaków, Rosjan, Ukraińców i … pewnie drugą taką liczbę nacji pominąłem w wyliczance. Taki tygiel kulturowy taka mieszanka narodowościowa. Taki zapach, taka kuchnia, takie miasto, tacy ludzie. Iście styk jakiś obcych światów. Miejsce prowincjonalne, z wielkomiejskimi przebłyskami. Oryginalne, niepowtarzalne. W kilka chwil ocieramy się o habsburskie Austro-Węgry, masarykową Czechosłowację i ZSRR. Przypominając sobie, że jesteśmy na Ukrainie. Ale czy to Ukraina? – Ukraina, ale taka jakaś inna, taka zachodnia, taka wielkomiejska, taka światowa.
-Ech, to wy separatysty! – usłyszałem nazajutrz półżartem w Samborze, gdy pochwaliłem się skąd wracam.

Uzhorod. Ukraina
Uzhorod. Ukraina

Ruś Zakarpacka przez niemal prawie 1000 lat pozostawała częścią składową Królestwa Węgier. Od 1866 roku była w składzie Austro-Węgier. W 1920 roku po traktacie w Trianon przypadła Czechosłowacji stając się czechosłowackimi kresami. 15 marca 1939 roku Awhustyn Wołoszyn proklamował powstanie Republiki Karpato-Ukrainy, której kres następnego dnia położyła armia węgierska. Tę w 1944 roku zastąpili hitlerowcy, a hitlerowców szybko Armia Czerwona. Czesi przez chwilę łudzili się, że czechosłowackie kresy wrócą do odtwarzanego państwa. Jednak ziemie Zakarpacia zostały wcielone do ZSRR. W 1991 roku region Zakarpacia znalazł się w niezależnej Ukrainie

Wnętrze knajpki z pozostałościami po Czechosłowackich kresach. Użhorod. Ukraina

Ужгород (pol. Użhorod, rus. Уґоград – Ugohrad, ros. Ужгород – Użgorod, węg. Ungvár, niem. Ungwar, Wuhmar, jidysz אונגװיר, Ungwir). Odległość os punktu zero: 1000 km.


Kolej Zakarpacka – ósmy dzień

O 10.35 rusza, jedna z czterech tego dnia, elektriczka łączących stolicę Zakarpacia z Siankami leżącymi tuż za przełęczą Użocką. Trasa nazywana Koleją Zakarpacką uchodzi za jedną z najpiękniejszych tras kolejowych w północnych Karpatach. (więcej o trasie >>>>)

Na szlaku Kolei Zakarpackiej. Ukraina

Odległość jaką mamy do pokonania wynosi niecałe 100 km. Nasza elektriczka na pokonanie tej trasy będzie potrzebowała ponad trzy godziny, a więc średnia przejazdu wyniesie ok. 30 km/h. Nieźle jak na skład o którym mawia się, że jest pociągiem podmiejskim. 
Ruszamy! Będziemy jechać wzdłuż rzeki Uż, zatrzymując się na każdej, nawet najmniejszej stacji, nawet na takiej bez nazwy, oznaczonej tak po prostu: 202 km! Na niektórych przywitają nas zawiadowcy stacji, których wspólnymi atrybutami są lizak i czapka z wielkim otokiem. Bliżej strategicznej przełęczy i tuneli pojawi się nawet uzbrojone wojsko, rozmieszczone w wartowniach wzdłuż torów.

Wnętrze elektriczki. Ukraina

A potem miniemy kolejne stacje i stacyjki. Wkrótce pociąg dotrze do Sianek. Będziemy musieli go opuścić. Czeka nas półtoragodzinny postój który uprzyjemniamy sobie wizytą w pobliskim sklepie spożywczym, a właściwie dwóch sklepach. Dwóch, ale mieszczących się w jednym budynku. Do obu wchodzi się przez te same drzwi. Jeden jest na wprost, drugi po lewej stronie. Oba sklepy mają innych właścicieli. Oba sklepy mają swoje towary. Oba sklepy mają swoich klientów, a klient większy wybór. W obu sklepach jest to samo. Taka wolność ekonomiczna.
O 14.50 ruszamy pustym składem na Lwów. Za oknem pada. Burza nadciągnęła znad Polski, znad Bieszczad, znad Sanu.

Smutny widok za oknem. kolej Zakarpacka, Ukraina

Mijamy kolejne stacje i pociąg znów się napełnia. Z każdą stacją wsiadają nowi pasażerowie. Za oknem, stopniowo robi się coraz bardziej płasko. Zauważam coraz większe połacie barszczu Sosnowskiego, tego „cudownego” dziadostwa rozpanoszonego przez gospodarkę planowaną. Czym bardziej była planowana tym więcej barszczu. A tu widać, że jej planowanie miało się dobrze.

Na stacji Stary Sambor. Ukraina

Sambor

Za chwilę Sambor. Musimy wysiadać. Pięknie byłoby tę podróż zakończyć we Lwowie, ale musimy już wracać. Trzeba zostawić dwa dłuższe boki trójkąta podróżniczego i pójść z Sambora tym krótszym, trzecim bokiem wprost na Medykę. Na placu, przed dworcem w Samborze wsiadamy do marszrutki jadącej do granicy z Polską. Czekam aż kierowca zbierze pieniądze za podróż. Bierze tylko ode mnie. A za dziecko? – pytam. A dziecko jedzie za darmo – przypomina mi kierowca – Wystarczy, że ty zapłacisz.

Ostatnie metry przed granicą z Polską w Medyce. Ukraina

I tak znaleźliśmy się nieopodal szlabanu z Polską. Teraz zostało nam tylko wrócić do naszego świata. Przemknąć przez bramkę, bez kolejki jako “lepsi” obywatele Europy. Zanim wejdziemy do Polski przechodzimy kontrolę graniczną. I znów pytanie: co ma Pan w plecaku? – Brudne gacie. Odpowiadam z uśmiechem, jak ostatnio celnikowi ukraińskiemu. Polska celniczka się nie śmieje, i mówi: „to zobaczymy, proszę otworzyć”. Nie żartowałem, pierwsze co wypadły to używane gacie i para niezbyt czystych skarpet. Jesteśmy po odprawie. Nawet z tej Ukrainy nie wziąłem flaszki, papierosów, a o kanistrze paliwa nie wspomnę. No bo i po co? Mam piękne wspomnienia, w głowie obrazy, myśli, spostrzeżenia po stokroć cenniejsze. Ze mną idzie Lenka i pyta? – tato po co ta Pani zaglądała do naszego plecaka? Przecież tam są same brudy – Chciała nam zrobić pranie, ale odmówiłem – odparłem z uśmiechem.

Sambor (ukr. Самбір, Sambir; węg. Szambor; ros. Самбор) do września 1939 roku miasto należało do Polski.


Przemyśl – nocleg

Dotarliśmy do Polski, chwilę później do Przemyśla na nocleg w hotelu Europejskim. Potem postaliśmy z godzinę w kasie za biletami na pociąg do Wrocławia i zjedliśmy kolację w blasku latarń pobliskiej starówki. Rano, po śniadaniu zrobiliśmy jeszcze mały rekonesans po mieście, kupując dla mnie skarpety w romby, by chwilę po dziesiątej wsiąść do pociągu i wrócić do naszego Wrocławia.

Przemyśl, Polska

Jeszcze w Przemyślu zrobiliśmy sobie takie zdjęcie pod słupkiem wyznaczającym drogę św. Jakuba do Santiago de Compostella. Jest na nim informacja, że do celu jest 4031 km. Przed nami jeszcze jakieś 714 km czyli trasa Przemyśl – Wroclaw. A do Santiago? – a to już pewnie inna historia…

Pożegnanie z Przemyślem. Polska

Przemyśl (łac. Praemislia, ukr. Перемишль, jid. ‏פשעמישל‎). Odległość od punktu zero 1264 . Dziewiąty, ostatni dzień podroży.


Tak wyglądała nasza trasa Czeskoslovenskich Vlaków 2018

Czeskoslovenskie vlaky 2018 – 1978 km pociągami, autobusami, wyciągami, pieszo, marszrutkami… Dziewięć dni w podróży, pięć państw – jak zawsze pięknie! Sebastian Mierzwa 2019 r.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here